Jak bone dydy nie wiedziałem !!!!
Rumienię się ze wstydu, ale nie wiedziałem o tym, co zostało wprowadzone do kodeksu wykroczeń. Zresztą miałem prawo o tym nie wiedzieć, bo się ma głowę zaprzątniętą takimi epokowymi sprawami, jak prawne uregulowanie wspólnego pomieszkiwania lesbijki z lesbijką (panie puściłem przodem) albo pedzia z pedziem… tudzież sztucznej inseminacji, albo jeszcze czegoś gorszego, to gdzie czas na takie drobiazgi jak zmiany w kodeksie wykroczeń…
Wprowadzono tam przepis z którego wynika, że na ulicy nie wolno sprzedawać różnych towarów. Ja się o tym dowiedziałem, bo była audycja na tivi i w radio, że nie wolno sprzedawać na ulicy owoców i warzyw. I ja wtedy zbaraniałem, jak to usłyszałem…
Komuna była wolno było, a teraz nie wolno… Były miejsca zwane minitargowiskami składające się z dwóch – trzech straganów i pani Jadzia mogła tam sprzedać pietruszkę, która jej na działeczce pracowniczej, którą mąż wyrwał onegdaj z gardła przewodniczącemu rady zakładowej, wyrosła. A jak stołów nie było, to sobie stoliczek turystyczny przyniosła i towar na nim zielony ułożyła i handlowała… Podatku od tego nie płaciła, bo komuszego ministra finansów stać było na zwolnienia… A teraz nie… Czasy gorsze od komuny nastały…
Ja zaś musze się przyznać, że buraczki na botwinkę od pani na ulicy kupiłem, i koperek i tytkę bobu i truskawki o których tu pisałem a ostatnio wiśnie na zupę wiśniową z zacierkami, i jabłka na ryż z nimi, na który też przepis mam… Na ulicy to kupiłem, od pani, która to z działeczki swojej przyniosła… Ja jej nie kabluję i ja jestem wdzięczny, że ona tam stała i mogłem od niej kupić. Nie napiszę gdzie, bo jakaś czarna wołga ze straży miejskiej podjedzie i ją zabierze…
Jako prawnik stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że trzeba być ostatnim kretynem, żeby taki przepis uchwalić.
Art. 603 .
§ 1. Kto prowadzi sprzedaż na terenie należącym do gminy lub będącym w jej zarządzie poza miejscem do tego wyznaczonym przez właściwe organy gminy, podlega karze grzywny.
Wynikają z tego dwie sprawy: że jak teren nie należy do gminy lub nie jest w jej zarządzie poza miejscem przeznaczonym do uskuteczniania sprzedaży, to można sprzedaż prowadzić. Np. na terenie spółdzielni mieszkaniowej taką sprzedaż można prowadzić i na terenie prywatnym można sprzedaż prowadzić itp. Nie wiem zresztą co to znaczy: „teren nie należący do gminy” , bo swoją drogą do gminy to należy wszystko, co leży w jej granicach administracyjnych. Nie wiem tylko, czy o to twórcom tego przepisu chodziło.
Kilka lat temu mieszkałem na peryferyjnym osiedlu Łodzi i tam w porze jesiennej na przystanku stała starsza pani, która w koszyczku miała jabłka. Takie wielgachne, że na kilo to trzy wchodziły, żółte jak cytryna, a smaczniejsze od banana i mandarynki razem wziętych i jeszcze z dodatkiem kiwi. W sklepie takich nie było, tylko ona miała w swoim małym sadzie… Dziś za takie stanie może zapłacić słono. A jabłka? Co jabłka ? Coś się pan czepił jabłek? Jabłka niech zgniją, niech się zmarnują, byłe tylko nie sprzedać… Taki jest sens § 2 tego artykułu, który grozi konfiskatom towarów wystawionych na ulicy na sprzedaż, czyli ich zniszczeniem. – To także pomysł idioty.
§ 2. W razie popełnienia wykroczenia, określonego w § 1, można orzec przepadek towarów przeznaczonych do sprzedaży, choćby nie stanowiły własnościsprawcy.
Dobrze, że nie dodano, że pomocnictwo i nakłanianie także podlega karze, bo jakbym podwiózł do miasta panią z koszyczkiem jagód, które ma zamiar spieniężyć, to by mi jeszcze auto skonfiskowali…
Zadałem sobie trud, żeby dotrzeć do uzasadnienia tego kretyńskiego przepisu. I tam jest napisane, że handel uliczny szpeci polskie miasta i co zagraniczni turyści, którzy tu walą jak w dym, na ten handel uliczny powiedzą. A ja w mojej młodości uczyłem się j. francuskiego. I zapamiętałem taką czytankę o ulicy Paryża, której pięknym akcentem byli (i pewnie są do dziś) marchandies de quatre saisons… (excuise moi – z głowy piszę) którzy nie dość, że stali z warzywami (haricot vert mieli i carrote i ognions i pomme te Terre i peches i coś tam jeszcze), to jeszcze krzykiem zachęcali do robienia u nich zakupów… Tak ponoć było w Paryżu, co zapamiętałem z tej czytanki, a tu w Polsce nagle jakiś debil wymyślił, że taki handel szpeci ulice miast… Pewnie na Ramblas też nie był… To jest przecież ważny składnik miasta, który dodaje mu kolorytu, że wspomnę chociażby o kwiaciarkach – ani one nie szpecą ulic, ani kwiaty, które mają w ofercie...
Tak się zastanawiam czemu, ach czemu w polskim kodeksie wykroczeń taki przepis się znalazł… Jeden powód to już tu podałem: w parlamencie zasiadają idioci… Po drugie: ci idioci słuchają idiotów, np. sklepikarzy, którym wadzi, że pani sprzedaje na ulicy koszyczek jabłek albo malin… Bo oni niby przez to ponoszą straty…
Powtórzę: za komuny nie do pomyślenia, tym nie mniej niech ona nie wraca…
Inne tematy w dziale Polityka