Dziś mało nie spowodowałem wypadku samochodowego. Nie, nie nie byłem na bańce, choć słuchanie o poranku TOK FM czasami zastępuje mi poranną kawę (dziękuje pani Janino). Tak w ogóle to nie jeżdżę na podwójnym gazie i zabierałbym samochody nie tylko winowajcy, ale jeszcze całej rodzinie - tak na wszelki wypadek. Ale wracajmy do meritum. Dziś jedna z prowadzących audycję, określiła Czerwonych Khmerów mianem "ultrakomunistów". 5 lat studiów, potem jeszcze studia doktoranckie i nikt nie zająknął sie o "ultrakomunistach".
Ale jako, że nie można nic zostawić na wiarę trzeba wszystko zbadać, przejrzałem "Słownik języka polskiego" PWN (Warszawa 1993) i nic..., podręczniki i ...nic, artykuły o XX wieku w Azji ... nadal nic. W końcu popełniłem zbrodnię, za którą swoich studentów karzę mękami podczas zaliczenia - wrzuciłem w google "ultrakomunistę". System zapytał mnie czy aby nie chodziło o "ultra" i "komunistę" i .... mam - na trzecim miejscu wyskoczyło:
Werdykt w sprawie kambodżańskiego "Ducha" - 35 lat więzienia (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,8176835,Werdykt_w_sprawie_kambodzanskiego__Ducha____35_lat.html)
poprostu prowadząca serwis przeczytała część informacji z serwisu: wiadomosci.gazeta.pl
Pomijając kuriozalność tej wypowiedzi, bo wtedy Mao byłby jeśli idzie o ilość ofiar "megaultrakomunistą", a Stalin "tetramegaultrakomunistą", warto zastanowić się dlaczego dziennikarz nie podejmuje refleksji nad wygłaszanym tekstem. Nawet jeśli od biedy można obronioć to słowotwórstwo (można było przecież mówić o skrajnym komuniźmie - analogicznie do ultrakonserwatyzmu, który w słowniku występuje) to nie można obronić odtwórstwa informacyjnego. Jak odtworzona bitwa po 600 latach przez grupy odtwórstwa historycznego nigdy nie będzie prawdziwą bitwą, tak odtwórczość informacyjna nigdy nie będzie informacją.
Dlatego cisną się pytania: Dlaczego dziennikarz nie jest już dziennikarzem? Dlaczego już nie tylko nie zadaje pytań osobie, z którą rozmawia, ale nawet sobie nie zadaje pytań?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)