"...Francja już od XVII w. nie darzy sympatią Amerykanów...", "... Wiele złego w Polsce wynika z tego, że w XVI w. wygnaliśmy Arian..." Komentatorzy polityczni w mediach raczą nas tego typu mądrościami (przykłady tylko z minionego tygodnia), a dziennikarze "łykają to jak pelikany" (dla tych, którzy przeoczyli - Stany Zjednoczone powstały dopiero w wieku XVIII, a Francja była ich najbliższym sojusznikiem w wojnie o niepodległość, natomiast arian z Polski wygnano w XVII w.)
Dodam jeszcze że 5 proc. Polaków uważa, że wygraliśmy Powstanie Warszawskie.
Już dziś wiedza historyczna, delikatnie rzecz ujmując, jest towarem deficytowym. Chociaż lata 90-te, kiedy Fukuyama obwieścił koniec historii, są czasami "słusznie minionymi", to nasze Ministerstwo Oświaty nadal tego nie dostrzega i wycina historię najnowszą z gimnazjów, a w szkołach średnich zostawia jej strzępy. Znów obowiązuje hasło "wybierzmy przyszłość". Uniwersytety mają ogromny problem z "jakością" studentów, a żeby utrzymać liczbę zajęć przyjmują "jak leci". A przecież od liczby grup, uzależniona jest ilość etatów. Podejrzewam, że IPN nie "oberwał" za "odebranie" pani Krzywonos pierwszeństwa, w strajku komunikacji w Gdańsku, tylko dlatego, że to nie Janusz Kuryka mu prezesuje. A taka fajna "nawalanka" mogłaby z tego być.
W pewnym sensie zdajemy cały czas egzamin z dojrzałości. Nie chodzi o to, żeby każdy Polak, obudzony w nocy wyrecytował, że w 1543 Zygmunt August poślubił Elżbietę Habsburżankę, albo że miał 4 żony. Po prostu Nie możemy być historycznymi niechlujami. Pamiętajmy, że "dwóje z lekcji historii pisane są na skórze narodów". Pomimo zmiany skali ocen (dziś mógłby on brzmieć np. "Pały z historii narody przyjmują na swe grzbiety"), ten aforyzm Aleksandra Kumora pozostaje niestety boleśnie (nomen omen) aktualny.




Komentarze
Pokaż komentarze (8)