Współczesna debata o przyszłości zachodnich społeczeństw to nie tylko starcie idei, ale przede wszystkim potężnych mechanizmów finansowych, które kształtują „rząd dusz”. W tej konfrontacji Vincent Bolloré i George Soros stają się symbolami dwóch odmiennych modeli wpływu miliarderów na kulturę, reprezentując przeciwstawne wizje świata oraz skrajnie różne metody ich realizacji.
George Soros od dekad buduje wpływ poprzez filantropię i mechanizmy pośrednie, wspierając poprzez swoje fundacje liberalną demokrację, prawa mniejszości i integrację europejską. Z kolei Vincent Bolloré postawił na bezpośrednią kontrolę mediów, tworząc imperium (CNews, Canal+, grupa Lagardère), które świadomie promuje konserwatywną, anty-woke’ową narrację, kładąc nacisk na tożsamość narodową i wartości chrześcijańskie.
Imperium Bollorégo aktywnie promuje konkretnych twórców, takich jak Éric Zemmour, oraz autorów konserwatywnych w przejętych wydawnictwach. Ta aktywność wywołała jednak gwałtowny opór. Podczas Festiwalu w Cannes w maju 2026 roku setki artystów zaprotestowały przeciwko jego dominacji, co spotkało się z drastyczną reakcją Canal+. Zapowiedź odcięcia sygnatariuszy protestu od finansowania została odebrana jako stworzenie „czarnej listy” (blacklist), co stanowi realne zagrożenie dla wolności słowa i pluralizmu.
Jak uniknąć czarnych list w tak spolaryzowanym świecie? Kluczem jest stworzenie przestrzeni, w której kultura nie będzie wyłącznie polem bitwy ideologicznej, lecz miejscem autentycznego spotkania różnych wizji świata. Głównym zagrożeniem jest sytuacja, w której o obecności dzieła w obiegu decyduje wyłącznie lojalność wobec politycznego patrona. Aby uniknąć mechanizmów wykluczenia, konieczne jest budowanie instytucji, które nie popadają w „prostą symetryczną polityzację” i potrafią wyjść poza defensywną obronę wartości w stronę tworzenia atrakcyjnych, uniwersalnych opowieści.
W Polsce obserwuje się rozproszony kapitał i asymetrie twórczą. Tu sytuacja wygląda inaczej niż we Francji i jest znacznie bardziej asymetryczna. O ile w mediach informacyjnych prawica potrafiła zbudować silne ośrodki wpływu, o tyle instytucje kultury – teatry, muzea czy festiwale filmowe – pozostają zdominowane przez stronę liberalno-lewicową, która sprawnie kształtuje gust i kanon.
Polski model finansowania mediów i inicjatyw konserwatywnych jest rozproszony. Opiera się on na miksie wpłat od subskrybentów, reklamach prywatnych przedsiębiorców oraz, w określonych okresach, wsparciu spółek Skarbu Państwa. Brakuje jednak jednego, dominującego gracza na wzór Bollorégo, który kontrolowałby cały łańcuch produkcji filmowej i wydawniczej. Choć istnieją media o profilu prawicowym, trudno wskazać na polskim rynku konkretne, głośne tytuły filmowe finansowane w całości przez prywatny kapitał o profilu konserwatywnym, co pokazuje słabość tej strony w obszarze kultury wysokiej.
Brak „polskiego Bollorégo” z jednej strony chroni nasz rynek przed tak brutalną wojną na „czarne listy”, jaką obserwujemy we Francji, ale z drugiej – skazuje stronę konserwatywną na marginalizację w świecie sztuki. Prawica w Polsce, mimo sukcesów wyborczych, wciąż słabo radzi sobie z twórczą obecnością w kulturze. Dopóki nie zacznie ona traktować kultury tak poważnie jak polityki, będzie wygrywać bitwy o media informacyjne, ale przegrywać długoterminową wojnę o tożsamość kolejnych pokoleń. Kultura nie jest bowiem dodatkiem do władzy, lecz jej najgłębszym podglebiem. Kto nie potrafi opowiadać własnych historii w sposób pociągający i spójny, ten ostatecznie będzie musiał słuchać opowieści stworzonych przez innych.
Jarosław Banaś



Komentarze
Pokaż komentarze (11)