„Istniało wiele słów, których nie sposób było słuchać, i w końcu jedynie nazwy miejsc miały jakąś godność.”
Ernest Hemingway umieścił powyższą refleksję w monologu wewnętrznym Fredericka Henry’ego, głównego bohatera powieści „Pożegnanie z bronią”. Frederick Henry ma na myśli między innymi słowa „świętość”, „chluba” i „ofiara”. Na wojnie „nie zobaczyłem nic świętego” - stwierdza dalej - „rzeczy chlubne nie miały w sobie żadnej chluby, a ofiary przypominały rzeźnie w Chicago, z tą różnicą, że nie było co robić z mięsem i tylko je grzebano. Słowa abstrakcyjne, takie jak chwała, honor, odwaga, poświęcenie, wydawały się bezwstydne w porównaniu z konkretnymi nazwami wsi, numerami szos, nazwami rzek, numerami pułków i datami.”
Wśród zdyskredytowanych w „Pożegnaniu z bronią” słów nie ma słowa „demokracja”. W czasach Hemingwaya odznaczało się ono jeszcze niekwestionowaną godnością. Ale teraz, gdy w imię demokracji robione są na świecie różne mało chwalebne rzeczy, również ona zaczyna być tylko wyrazem ze słownika bezwstydnych oratorów.
Utarła się opinia, że zawdzięczamy to liderom zachodniego świata i członkom ich administracji. Jednak winę ponoszą tu w rzeczywistości posiadacze i zarządcy wielkiego kapitału, którzy dla zysku poświęcili interesy własnych krajów. Rosnący wariacko dług państwowy Ameryki oraz towarzysząca mu gospodarcza i militarna niewydolność wolnego świata to ich dzieło. Rola liderów jest skromniejsza. Oni tylko, szermując słowem „demokracja”, próbują legitymizować zgubne poczynania chciwej finansjery i rozpętują wojny, żeby odkręcić skutki tych poczynań.
Ale jest jeszcze jedna grupa pięknych umysłów odpowiedzialnych za degenerację pojęcia demokracji. To rozmnażające się w tempie, które zawstydziłoby nawet króliki, plemię geopolityków. Geopolitycy o niczym nie decydują, jednak potrafią stworzyć wrażenie, że w kwestiach wojny i pokoju światowi liderzy nie dorastają im do pięt. Nie mają też na nic wpływu, posiadają za to sprawne aparaty mowy, dzięki którym jedno przynajmniej im się udało - przekonać mnóstwo ludzi, że liczy się tylko siła. Furda demokracja, furda jej wartości. Kto ma siłę i odwagę jej użyć, tego racja jest na wierzchu. Oni tego nie wymyślili, jedynie to zaobserwowali. Problem w tym, że uznali tę rewelację za słuszną i całą duszą w nią uwierzyli.
Wiary nie wystarczy mieć, trzeba ją także głosić, bo we własnych opłotkach prędko zgaśnie. Toteż geopolitycy swoją świeżo nabytą wiarę rozpowszechniają z dech zapierającą skutecznością. Lecz gdy tylko jakiś nawrócony na nią konsument mediów społecznościowych zasugeruje: pan powinien zostać premierem lub chociaż ministrem obrony, czołowy polski geopolityk natychmiast oświadcza, że on się charakterologicznie do tego nie nadaje i że oni zaraz by go zjedli razem z butami. Oni, czyli polscy politycy.
Jeśli tak się sprawy z tobą mają, czołowy geopolityku, to z jakiego poziomu poczucia odpowiedzialności serwujesz polskim politykom bezwstydne brednie o zajęciu obwodu królewieckiego, o wysłaniu do boju jakichś nowych lisowczyków, jakiegoś nowego pułku Kalinowskiego, o formowaniu batalionu Kmicic-Babinicz, o długiej ręce polskiego oręża, której nawet broń jądrowa nie sprosta?
Nie fatyguj się, czołowy geopolityku, sam odpowiem na to pytanie. Z fejkowego poziomu poczucia odpowiedzialności podsuwasz polskim politykom te obsceniczne pomysły. Mamy demokrację i możesz opowiadać do woli, co byś na ich miejscu zrobił, zaskarbiając sobie poklask łatwowiernej publiczności. Ale gdybyś naprawdę musiał decydować w sprawach obronności kraju, zaraz byś się opamiętał i dobrze wiesz o tym. Czy nie dlatego odrzucasz wielkopańskim gestem rządowe stanowiska, których zresztą nikt ci na serio nie proponuje?
Jeśli wolisz nie brać odpowiedzialności za apokalipsę, jaką niechybnie ściągnęłyby na polskie społeczeństwo twoje nieprzytomne mrzonki, to nie pokrzykuj na polskich polityków, którzy przynajmniej są w kontakcie z liderami światowych mocarstw, mają pełny dostęp do tajemnic państwowych i wiedzą, na czym ich kraj stoi i na co może sobie pozwolić. Co by o nich nie powiedzieć, to w porównaniu z twoim lotnym oderwaniem od rzeczywistości, ich niewyrywność jawi się wzorcem zdrowego rozsądku.
I nie powtarzaj więcej, że jeśli nie chcemy się przekonać, kim naprawdę jesteśmy, to idźmy po prostu na piwo, bądźmy jak Czesi. Czechów nie obrażaj. Oni i ich miasta przetrwali obie okupacje - niemiecką i rosyjską - prawie nienaruszeni, z pełną wiedzą, kim naprawdę są, posiadaną od wieków. Natomiast Polacy tej wiedzy wtedy właśnie dostąpili i nie potrzebują następnej lekcji. Warszawa w gruzach, kraj materialnie i demograficznie wyniszczony. Polityczne wyniszczenie wlecze się za nim do dzisiaj. Polska przed wiekami miała swoją szansę na wielkość. To se ne vrati. Miej to na uwadze, czołowy geopolityku, gdy znów najdzie cię ochota brać Polaków na ambit.
Gdy się nawet bardzo pobieżnie śledzi ustną i klawiaturową produkcję geopolityków, szybko wychodzi na jaw, że prawie wszyscy geopolitycy po obu stronach Atlantyku od wczesnej młodości godzinami dzień w dzień zaprawiali się do geopolityki grając w gry komputerowe. W militarne gry komputerowe, w strategiczne gry komputerowe, w ekonomiczne gry komputerowe, w biznesowe gry komputerowe, w giełdowe gry komputerowe, w menadżerskie gry komputerowe i diabli wiedzą jeszcze jakie. Rozumieli bowiem, że każda dziedzina konkretnej wiedzy o funkcjonowaniu współczesnego świata przyda się w geopolitycznych rozgrywkach. W geopolityczne gry komputerowe też zresztą grali, wciąż grają i to im nieustannie pięknie procentuje. Zgłębiali również literaturę fachową, czytali podręczniki, takie na przykład jak „Gra o tron” i... no, dużo tego było. Geopolitycy właśnie z tych lektur wynieśli fachowe terminy „wieża” i „plac”, które dla laika są chińszczyzną. Nie spoczywają zresztą na laurach i sami teraz generują fachowe terminy. Hedżować, outsorsować, offszorować. polerować, szwerpunkt. Gdy nieobyty z geopolityką osobnik z szarego polskiego tłumu słyszy takie uczone słowa, od razu do niego dociera, że czeka go ciężka praca, jeśli chce dorosnąć do geopolityki.
Trudno powiedzieć, po której stronie Atlantyku poziom wiedzy geopolitycznej jest wyższy. Po amerykańskiej stronie, czy po polskiej? Polska strona, raczkując dopiero w geopolityce, we wczesnych latach młodszego Busha dowiedziała się od strony amerykańskiej, która zęby zjadła na geopolityce, co niedługo ma być, i natychmiast zaczęła się dzielić swą wiedzą z rodakami. A miało być to, że świat zaraz wstąpi w okres wojen jako żywo przypominających okres wojen napoleońskich. I rzeczywiście wstąpił. Irak, Afganistan, Libia, Syria, Ukraina, Strefa Gazy, Liban, ostatnio Iran. Nasi geopolitycy mają teraz niezaprzeczalne prawo do satysfakcji i mocne argumenty w sprawie ruszenia na Królewiec. Przez cały czas mieliśmy rację. Czy władze III RP jeszcze długo chcą się wahać?
Przyjacielska rywalizacja sojuszników trwa dalej, co oczywiście wzmacnia obie strony. Zaskakujące może trochę jest to, że polscy geopolitycy wyraźnie cieszą się z kłopotów administracji Trumpa na Ukrainie i w Iranie. Nie wszyscy rzecz jasna, ale to jest bardzo zauważalne zjawisko. I chyba nie chodzi o Donalda, bo tych, co się cieszą, cechuje również skłonność do uprawiania antyamerykańskiej narracji. W stosunku do Amerykanów pozwalają sobie na takie epitety, jak cwane glapy. Zarzucają im, że próbują po taniości wepchnąć Polskę do wojny. Sami natomiast czego sobie życzą? Chcą po prostu, żeby Amerykanie po taniości bronili naszych granic. Więc jest remis. Hemingway miał rację, obmierzłość wielkich słów jest nieznośna. Ale małych jeszcze bardziej.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)