W ostatnich latach pod adresem Ameryki rzadko kiedy da się słyszeć słowa aprobaty i pochwały. Ze wszystkich stron świata amerykańskich uszu dobiegają wyłącznie wyrazy potępienia i nagany. Świat nie szczędzi również gorzkich uwag uszom obywateli Izraela. Według sporej części ziemskiej populacji Izrael dzisiaj to jeden wielki zawód i rozczarowanie.
Obywatele Ameryki i Izraela muszą jakoś z tym żyć. Żyją z tym na trzy sposoby. Jedni spośród nich są nieświadomi niełaski, w jaką popadły ich kraje. Drudzy nieszczędzonej ich krajom krytyki po prostu nie biorą do siebie. Trzeci nie tylko nie biorą krytyki do siebie, ale w głębokim poczuciu własnej niewinności wskazują oskarżycielskim palcem jej faktycznych adresatów, którymi rzecz prosta mają być Trump i Netanjahu. W oczach reszty świata całe odium winy też spada na obu tych mężów stanu. Głównie jednak tylko na jednego z nich - na Trumpa. Zwłaszcza teraz, gdy wybuchła wojenna sytuacja w Iranie i okolicach.
Trump, odkąd przestał być zwykłym miliarderem i poszedł w prezydenty, jest na wyścigi wyśmiewany, wyszydzany i krytykowany. Jest to krytyka zajadła, bezwzględna, nielicząca się z niczym, choćby z tym na przykład, że często-gęsto stanowi ona inspirację dla różnych świrów, którzy dla dobra gatunku ludzkiego i własnej zwichrowanej psychiki gotowi są zabijać. Trumpa próbowano dotąd zabić trzy razy. Raz na wielotysięcznym wiecu, drugi raz na polu golfowym i trzeci raz w Białym Domu. Świry są gotowi uśmiercić nie tylko Trumpa, ale i ludzi sympatyzujących z jego wizją Ameryki. Ostatnio zabili z tego wyłącznie powodu Charlie’ego Kirka, który uchodził w Ameryce za wschodzącą gwiazdę prawicy.
Nudnej do wymiotów krytyce towarzyszą oszczerstwa i posądzenia o głupotę. Trump ma być głupi, bo popiera Izrael, bo wprowadza taryfy na importowane towary, bo zamierza wyprowadzić Amerykę z NATO, bo chce porzucić Europę, bo na głucho zamknął granicę z Meksykiem, bo odebrał Panamie jej kanał, bo deportuje nielegalnych imigrantów, bo postanowił zaanektować Grenlandię, bo chce przerobić Kanadę na pięćdziesiąty pierwszy stan USA, bo słabo wspiera Ukrainę, bo sympatyzuje z Putinem, bo napadł na Wenezuelę, bo zaatakował Iran. Bo, bo, bo, bo! Ile jeszcze będzie tych bo przez pozostałe trzy lata jego drugiej kadencji?
Najtężsi eksperci w Ameryce i poza nią znajdują tysiące słów dla okazania swego oburzenia wobec poczynań Trumpa, ale mało który próbuje dociekać, dlaczego Donald to wszystko robi. Jego kontrowersyjne posunięcia i zapowiedzi zbywane są obelgami. Nikt nawet nie myśli o możliwości istnienia racjonalnych przyczyn jego posunięć i zapowiedzi.
Amerykanie słyną z praktycznego podejścia do życie. Wszyscy Amerykanie. Również ci progresywnie zorientowani. Ale jakoś żaden z amerykańskich zwolenników postępu nie chce wziąć, przynajmniej na próbę, słów i czynów Trumpa za dobrą monetę i rozważyć spokojnie ich pozytywne i negatywne strony. Może w taki właśnie sposób warto do jego polityki podchodzić. Może nie trzeba dopatrywać się bez przerwy w jego decyzjach wyłącznie chęci zrobienia na złość liberałom. Zwłaszcza gdy chodzi o sprawy życia i śmierci, pokoju i wojny.
Modne jest obecnie na świecie podkreślanie narcyzmu Trumpa, jego chełpliwości, jego bufonady. Ale nikt przecież, nawet taki bufon jak Trump, nie wydaje rozkazu rozpoczęcia bombardowań, w których na pewno zginą także dzieci, tylko dla kaprysu, dla dogodzenia swemu ego, czy dla utrwalenia swego wizerunku silnego prezydenta. Może raczej trzeba przyjąć do wiadomości, że on i Ameryka muszą niekiedy robić rzeczy, które światu wydają się naganne. Pewne rzeczy ludzie i państwa po prostu muszą robić. Bardzo drastyczne rzeczy muszą czasem robić nawet zwykli ludzie. Staś Tarkowski musiał zabić Beduinów. Jego czyn to literacka fikcja. Ale zabicie gangstera przez dwóch zwykłych facetów, których gangster terroryzował żądając spłaty nieistniejącego długu, to straszna rzeczywistość. Ci dwaj uznali, że muszą go zabić.
Świat zna tragiczną przeszłość ocalałej z zagłady części narodu, która powołała do istnienia państwo o nazwie Izrael, i wszyscy widzą, co państwo to dzisiaj robi, czy jak kto woli, co dzisiaj wyprawia. Jednak Ameryka i Trump zdecydowanie Izrael popierają, nie oglądając się na resztę świata. Czy na pewno bez istotnego powodu?
Kiedyś rozumiałem tę postawę Ameryki i jej prezydentów, wręcz się z nią solidaryzowałem. W 2015 roku zdarzyło mi się nawet w innym miejscu napisać kilka poniższych linijek:
„Jeszcze słowo o Izraelu. Izrael jest poważnym państwem, a Izraelczycy są poważnymi ludźmi. Przeszli przez piekło i powiedzieli sobie: Dosyć, koniec z tym, już nigdy więcej nie będziemy ofiarami. Zbudujemy państwo, którego sam diabeł nie ruszy. Uzbroimy się po zęby i jak trzeba będzie, otoczymy się betonowym murem, a wszelką kanalię, która poważy się nas zabijać, zmieciemy z powierzchni ziemi. Świat niech sobie mówi o nas, co chce, mało nas to wzrusza.”
Wszystko spełniło się co do joty. Izraelczycy zmietli ostatnio kanalie, które poważyły się ich zabijać, z powierzchni ziemi. Musieli to zrobić. Ale czy musieli również zrównać z ziemią Strefę Gazy i do dzisiaj kontynuować zabijanie bez patrzenia winny czy niewinny? Świat nie usłyszał od nich sensownej odpowiedzi na to pytanie, a z mojej wcześniejszej solidarności i zrozumienia zostało tylko głupkowate zakłopotanie.
Niemniej Ameryka nadal Izrael popiera. I czyni to bardzo skutecznie. Po latach geopolitycznego boksu na Bliskim Wschodzie tylko jeden bokser stoi na nogach - faworyt Ameryki, Izrael. A jego przeciwnicy – Palestyna, Syria, Irak, Liban, Libia, Iran - są liczeni przez sędziów ringowych. Saddama nie ma, Kadafiego nie ma, bin Ladena nie ma, Chameneiego nie ma, Assada w zasadzie też nie ma. Eksperci nie taki scenariusz pisali Izraelowi. Latami wróżyli mu rychły koniec i nic z tego. Sprawiła to wszystko Ameryka.
Z Ameryką nie ma żartów. Iran się o tym obecnie boleśnie przekonuje. I nie tylko obecnie. Oraz nie tylko on. W 2009 roku miałem okazję coś już o tym napisać:
„Ameryka owszem w pewnych sprawach nie żartuje. Na pewno nie żartowała, gdy Saddam Hussein grał jej na nosie w 1991 roku i gdy trochę mu ten nos uszkodziła. I nie żartowała w 2003 roku, raz na zawsze odbierając mu chęć do muzyki. To tylko jeden z przykładów, które można mnożyć. Kolejnego przykładu pewnie dostarczy Mahmud Ahmadineżad, który pajacuje, pajacuje i w końcu się dopajacuje.”
Na dopajacowanie się Ahmadineżada przyszło mi czekać do 2026 roku, czyli 17 lat. A i to nie jest pewne, czy wiadomość o jego dopajacowaniu się nie była przedwczesna. Ahmadineżad, prezydent Iranu za czasów Obamy, miał zginąć w pierwszych godzinach działań wojennych Ameryki w Iranie. W trakcie swojej prezydentury nieustannie wygłaszał obraźliwe antyamerykańskie tyrady, najchętniej na forum ONZ w Nowym Jorku.
Dopajacowal się też Osama bin Laden. Dopajacowałby się i Hugo Chavez, ale umarł na raka. Chavez dał swój najlepszy antyamerykański popis także w Nowym Jorku na forum ONZ, gdzie powiedział, że młodszy Bush to diabeł wcielony i po jego wystąpieniu poprzedniego dnia na trybunie wciąż pachnie siarką. Dzięki przedwczesnej śmierci Chavezowi udało się uniknąć karzącej ręki Ameryki. Za to smutny los spotkał z rąk Amerykanów jego następcę Nicolása Maduro, który w styczniu bieżącego roku został porwany z centrum Caracas i wtrącony do brooklyńskiego więzienia. Mogło go spotkać coś jeszcze gorszego, gdyby stawiał opór. Na szczęście przynajmniej żyje i kto wie, czy nie zostanie uniewinniony przez amerykański wymiar sprawiedliwości.
Opisane wyżej perturbacje niechętnych Ameryce państw i ich liderów jasno pokazują, że z Ameryką naprawdę nie ma żartów. Oświeceni amerykańscy, europejscy i polscy geopolitycy od lat głoszą, że Ameryka chyli się do upadku, a w najlepszym razie grozi jej utrata światowego prymatu. Ze skruchą wyznaję, że zaczynałem już ulegać tym podszeptom ludzi małego ducha. Ale operacje wojenne w Wenezueli i w Iranie znacznie poprawiły niepewną optykę wcześniejszych osiągnięć Ameryki na Bliskim Wschodzie i jej pozycji w świecie, tak że jestem już bardziej optymistycznie nastrojony.
Słynny amerykański historyk i geopolityk Stephen Kotkin, w przeciwieństwie do polskich geopolityków, jest zdania, że Stany Zjednoczone z obecnego bałaganu wyjdą zwycięsko na drugi brzeg. Pisałem niedawno o jego opiniach na tym blogu. Ameryka po kolei rozprawia się z antagonistami, wskazuje im ich miejsce. Jeszcze w zeszłym roku na ustach całego świata był BRICS. Ostatnio zrobiło się o nim cicho. I jakoś bardziej przekonywujący wydaje mi się dzisiaj Stephen Kotkin niż cała europejska myśl geopolityczna.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)