Jerzy George Jerzy George
60
BLOG

Trump niczym szalony Kim Dzong Un

Jerzy George Jerzy George Polityka Obserwuj notkę 3

Komentatorzy działalności Trumpa stoją wobec poważnego problemu, jakim jest niemożność jednoznacznego rozstrzygnięcia, czy Trump jest szalony, czy tylko udaje szalonego.

Udawanie szaleństwa daje pewne przewagi w polityce, ale nie gwarantuje sukcesu. Weźmy choćby taki przypadek. Królewski syn Hamlet z powodzeniem udawał szaleństwo, chcąc w dogodnym momencie dokonać zemsty na mordercy swojego ojca. Lecz gdy przyszło co do czego, wydarzenia przyjęły ironiczny obrót. Morderca owszem ginie z ręki Hamleta, ale giną też Hamlet i jego matka. Mistyfikacja mściciela ostatecznie poniosła fiasko. Może dlatego, że udawał on łagodnego, a więc bezpiecznego szaleńca.

Kim Dzong Unowi, który udaje szaleńca niebezpiecznego, jak dotąd  wiedzie się nie najgorzej. Uszło mu na sucho zamordowanie szeregu osób, w tym członków własnej rodziny, upiekły się egzekucje setek urzędników państwowych, nic smutnego nie spotkało go z powodu śmierci wielu przeciwników politycznych przetrzymywanych w obozach pracy, nie zaznał też żadnych przykrości za testowanie broni jądrowej oraz odpalanie pocisków rakietowych ku przerażeniu dalekowschodnich sojuszników Zachodu. Za wszystko, co przeskrobał, Zachód obłożył Północnych Koreańczyków bezprecedensowymi sankcjami, ale on może z tym żyć.

Ma dopiero 42 lata. W porównaniu z Xi, Putinem, Trumpem i Netanjahu jest młodzikiem. Dopiero za 30 lat, gdy tych czterech old boyów już dawno nie będzie, zacznie się zbliżać do ich obecnego wieku. O ile przeżyje, co jest możliwe, jeśli będzie tylko udawał niebezpiecznego szaleńca, a nie stanie się nim naprawdę.

Putin też przez chwilę udawał świra i to świra w najwyższym stopniu niebezpiecznego. W 2022 roku oświadczył, że gotów jest na wszystko i groził Zachodowi zagładą atomową, jeśli ten spróbuje udzielać pomocy Ukrainie. Zachód spróbował i prezydent Rosji z dnia na dzień stał się statecznym, rozsądnym  politykiem. Ale trzeba przyznać, że dzięki świrowaniu zyskał na czasie. Pomoc Zachodu znacznie się odwlekła i do dziś jest kulejąca.

Xi Jingping dotychczas nie musiał udawać szaleństwa. W tej chwili szaleństwem byłoby, gdyby zaczął. Dopóki to nie nastąpi, Taiwan nie ma się specjalnie czego obawiać. Netanjahu natomiast to przypadek zupełnie osobnej kategorii.

Trump zawsze twierdził, że bardzo lubi Xi, Putina i Una. Wszyscy trzej wyraźnie mu imponują, zwłaszcza Un ze swoim udawaniem świra. Zachodzi  wręcz podejrzenie, że pod tym względem Donald postanowił go naśladować. Stąd  być może jego świąteczny przekaz: „Otwórzcie tę chromoloną cieśninę, tacy owacy, bo jak nie, to wylądujecie w piekle”. Irańczycy będą musieli okropnie się przestraszyć, by ugodowo odpowiedzieć na ten apel.

Piszę to trzy godziny przed upływem terminu ultimatum i jednocześnie zaglądam do internetu, by sprawdzić, czy chromoleni Irańczycy już się ugięli. Jeszcze nie, ale Donald wystosował następny komunikat: „Dzisiaj w nocy zginie cała cywilizacja”. Jeśli i teraz się nie ugną, to  prezydent USA ma problem. Niemniej są sygnały, że jakieś porozumienie się jednak szykuje. W międzyczasie przypadek zupełnie osobnej kategorii zaczął już tu i ówdzie bombardować Iran.

Postawiwszy kropkę za słowem „Iran” zrezygnowałem z dalszego napieprzania w klawiaturę - to słownictwo Trumpa jednak się człowiekowi udziela – i wracam do niej dopiero na drugi dzień, gdy już wiadomo, że Trump jednak tylko udawał szaleństwo. Moim zdaniem sprawa jego poczytalności  została wczoraj raz na zawsze rozstrzygnięta i nie ma potrzeby jej więcej kiedykolwiek podnosić.

Nie warto też chyba tracić czasu na dociekanie kto godzinę przed upływem terminu ultimatum się ugiął – nieszalony Trump, czy masakrowany przez amerykańskie i izraelskie lotnictwo Iran. Obie propagandy będą oczywiście żarliwie przekonywać świat i własne społeczeństwa, że ugięła się strona przeciwna.

Iran jest masakrowany, ale trudno powiedzieć do jakiego stopnia trzeba mu współczuć. Na głębokie współczucie zasługują jedynie zwyczajni mieszkańcy Iranu, szczególnie ci, których wojna bezpośrednio dotyka. Giną ich dzieci, burzone są ich domostwa, ulega rozpadowi prywatna codzienność, do której nawykli. Z Iranem jako państwem kwestia współczucia nie jest taka prosta.

Ajatollahowie powołujący się na miłosierdzie Allacha nie są aniołami. Swoim upodobaniem do bezpośredniego i sponsorowanego terroru od 47 lat, czyli od 1979 roku, gdy doszło do obalenia reżimu Rezy Pahlawiego i powstania republiki islamskiej, przyprawiają  świat o ból głowy. W 2026 roku Iran i Ameryka bezpardonowo wymieniają się ciosami. Ale łańcuch akcji i reakcji jest długi.

W największym uproszczeniu: Atak Izraela i Ameryki na Iran był odpowiedzią na masakrę Izraelczyków 7 października 2023 roku i terroryzowanie regionu przez Hamas, Hezbollah i Huti, będących na żołdzie Iranu. Masakra i terror wynikły z torpedowania autonomii palestyńskiej, mającego zapobiegać horrorom w rodzaju pamiętnych ataków terrorystycznych w Europie. Które były reakcją na Libię i Syrię. Przedtem jednak były Irak i Afganistan. Jako reakcja na 911 i wcześniejszy atak na WTC. Z kolei 911 wynikło z awantury o Kuwejt. Będącej pokłosiem wojny Irak-Iran. Do której dostarczył pokusy rewolucyjny chaos w Iranie. Który był reakcją na uzależnienie Iranu od Zachodu w wyniku operacji TPAjax w 1953 roku. Przeprowadzonej w reakcji na próbę znacjonalizowania irańskich pól naftowych.

Nafta. To tu w XXI wieku nadal jest pies (czytaj: terror) pogrzebany. Można argumentować, że Iran miał prawo znacjonalizować pola naftowe leżące na jego ziemi. Gdyby Zachód tę oczywistość uznał, nie byłoby dzisiejszego bólu głowy. Tak się uważa w brukselskiej, socjalizującej Europie. Ameryka patrzy na to inaczej. Jest to zagadnienie do długiej dyskusji, na którą nie ma tu miejsca. Czasem lepiej niż uczone wywody w „Foreign Affairs” sedno tego rodzaju problemów oddają w artystycznym skrócie literatura i sztuka filmowa.

W rozszerzonej wersji filmu Francisa Coppoli pod tytułem „Czas apokalipsy” jest wątek francuskich plantatorów pozyskujących naturalny kauczuk do przerobu na gumę. Środek wietnamskiej dżungli i oni, kilkanaście przedsiębiorczych osób, uzbrojonych po zęby i próbujących przetrwać ze swoim biznesem w kraju wstrząsanym wojną domową. Wiedzą, że ich los jest już przypieczętowany i wylewają gorycz swojej sytuacji przed głównym bohaterem filmu, kapitanem Willardem: Gdy tu przyszliśmy, w tym miejscu nie było nic. Z niczego, własnymi rękami, bez niczyjej pomocy, stworzyliśmy i rozwinęliśmy na tym skrawku dżungli świetnie prosperujące, dochodowe przedsiębiorstwo, przynoszące również finansową korzyść temu krajowi, a teraz nam się mówi precz.

W podobnej sytuacji byli twórcy przemysłu naftowego w Iranie, którym też powiedziano precz. Mieli jednak wystarczające siły i środki, by stawić skuteczny opór i nie dać się tak od razu wyrzucić z miejsc, które stworzyli w piaszczystym bezludziu. Dopiero ajatollahom udała się ta sztuka.

Trump, który jak się wczoraj okazało nie jest bynajmniej szalony, podjął się misji rewindykacji utraconego 47 lat temu mienia. Swoim zwyczajem ogłosił już zwycięstwo. Sytuacja jest rozwojowa. Czas pokaże, czy jego udawane szaleństwo było drogą do ostatecznego sukcesu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka