Jerzy George Jerzy George
60
BLOG

Rozpoznanie bojem

Jerzy George Jerzy George Polityka Obserwuj notkę 2

Wydany przez Trumpa rozkaz ataku Ameryki na Iran spotkał się z surowym osądem światowej opinii publicznej. Donald u świata ma przechlapane. Również w Stanach, nawet wśród Republikanów, szerzą się złość i oburzenie na tę jego decyzję. Czołowi amerykańscy komentatorzy polityczni zastanawiają się pojedynczo, parami i grupowo, dlaczego Trump to zrobił.

Z kakofonii sprzecznych ze sobą odpowiedzi wyłoniło się w końcu coś na kształt oficjalnego komunikatu. Wynika z niego, że głównym powodem tego ataku był brak realnych widoków na powstrzymanie dyplomatyczną drogą irańskiego programu nuklearnego i rakietowego, który Izrael postrzega jako zagrożenie egzystencjalne, a Stany Zjednoczone jako regionalne zagrożenie dla ich interesów. Natomiast strategicznym celem podjętych działań militarnych miało być doprowadzenie do zmiany irańskiego reżimu odpowiedzialnego za eskalację napięć na Bliskim Wschodzie i masakrę izraelskich obywateli dokonaną przez Hamas 7 października 2023 roku.

Komunikat ten, jako zbyt ogólnikowy i oczywisty, nie zadowala nikogo. Amerykańscy komentatorzy popędzani niecierpliwością konsumentów medialnych doniesień chcą koniecznie się dowiedzieć, dlaczego atak, który miał szybko przynieść pomyślne rezultaty, wciąż pozostaje nierozstrzygnięty, dlaczego prezydent i jego ludzie z góry nie wiedzieli, że zmiana reżimu w Iranie jest przedsięwzięciem beznadziejnym, dlaczego Trump, który ubiegając się o prezydenturę obiecywał, że nigdy nie zacznie nowej wojny, dał się jak dziecko wmanewrować Izraelowi w tę irańską awanturę, i w ogóle, jak to się dzieje, że gdziekolwiek ze swoją armią pchają się Stany, tam bankowo ponoszą fiasko. Wietnam, Irak, Afganistan, teraz Iran - wpadka po wpadce.

Niechętni Trumpowi komentatorzy w odpowiedzi na te wszystkie „dlaczego” mają dla swej wiernej publiczności niezawodny wytrych – bo Trump jest głupi. Publicyści nastawieni przychylnie do obecnej administracji USA nie wyciągnąwszy nic koherentnego z Trumpa i jego ludzi próbują drogą dedukcji dotrzeć do jądra tajemnicy, po czym dzielą się z Ameryką swymi domysłami. Niestety grzeszą przy tym wielosłowiem i treść ich rozległych domysłów przy bliższej inspekcji okazuje się identyczna ze zgrzebną treścią oficjalnego komunikatu. Jedynym dodatkiem do niego jest prezentacja celu militarnej operacji, który nazajutrz jest już inny niż poprzednio prezentowany.

Najzwięźlej cele Trumpa omówił słynny amerykański historyk i komentator polityczny profesor Victor Hanson. Według niego celami ataku na Iran miały być demilitaryzacja i deteokratyzacja wrogiego państwa. Brzmi znajomo, zwłaszcza gdy w miejsce drugiego celu wstawi się denazyfikację. I trudno nie zauważyć, że to omówienie przy pozorach głębi też jest tylko kalką oficjalnego komunikatu, o którym była mowa powyżej. Trump zdaniem profesora Hansona chce zakończyć ten wojenny epizod w rozsądnym terminie przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi, by mieć czas na utwierdzenie Amerykanów w przekonaniu o trwałości swoich osiągnięć ekonomicznych.

Ceniony amerykański historyk i geopolityk, profesor Stephen Kotkin, już w minionym roku zaopiniował, że Trump nie wie, co robi, ale robi to, co trzeba robić. Czyli przebalansowuje światowy układ tak, by znów służył on Ameryce i światu, bierze się za fiskalne szaleństwo, w jakie ostatnimi czasy popadła Ameryka, odbija zawłaszczone przez liberałów amerykańskie instytucje, galwanizuje liderów światowych demokracji i umacnia globalne dobra wspólne, to znaczy międzynarodowy porządek pod przewodnictwem USA. Tegoroczny atak na Iran niczego w tej diagnozie słynnego geopolityka nie zmienia.

Na youtubie narzeka na Trumpa bardzo wpływowa grupa publicystów pod egidą sędziego Andrew Napolitano, byłego gospodarza popularnych audycji politycznych stacji telewizyjnej Fox News. Gwiazdami tej grupy są profesor John Mearsheimer i profesor Jeffrey Sachs (ten od programu Balcerowicza). Profesor Mearsheimer od dawna zapowiadał, że starcie z Iranem jest nieuniknione i że doprowadzi ono do obniżenia prestiżu Ameryki na świecie, zwłaszcza z Trumpem u steru. Ameryka jego zdaniem zużyje tylko siły przeznaczone do także nieuniknionej rozprawy z Chinami. Profesor Sachs skupia się na nieetycznych aspektach napaści na Iran i wiążącej się z nią groźbie gospodarczej zapaści, gorzko ubolewając nad jednym i drugim.

Niestety, profesor Hanson, profesor Kotkin, profesor Mearsheimer i profesor Sachs, wszyscy co do jednego omijają szerokim łukiem pytanie, dlaczego Ameryka nieustannie pakuje się w awantury, o których z góry wiadomo, że skończą się dla niej kompromitacją. Całkiem możliwe, że jest to dla nich rzecz zrozumiała sama przez się i nie wymaga wyjaśnień. Ale gdyby ich przycisnąć tym pytaniem do ściany i nie pozwolić zbyć się byle frazesem, być może odpowiedzieliby, że przegrywanie wojen przez Amerykę jest bez znaczenia. Że Ameryka musi te wojny prowadzić, narażając się na kolejne porażki, bo stawka jest niebotycznie większa niż pokonanie jakiegoś przeciwnika.

Stawką jest przetrwanie zachodniej cywilizacji. Gdy Ameryka po kolei rozprawia się ze swymi antagonistami, każde z tych starć to jedynie rozpoznanie bojem. Wygrana czy przegrana jest mało istotna. Stany Zjednoczone atakują Iran i patrzą, jak zareagują na to Chiny i Rosja. Zaatakowały Wenezuelę i patrzyły ponad jej głową, co robią ich prawdziwi wrogowie - Chińska Republika Ludowa i Federacja Rosyjska. Nic nie robią? Nic nie zrobili? W porządku, zachodnia cywilizacja jest bezpieczna, wrogowie są jeszcze za słabi, ale licho nie śpi. Trump podobnie jak jego poprzednicy nawet nie myśli o tym, po prostu działa instynktownie wiedziony wspólnym dla całego amerykańskiego społeczeństwa i jego liderów odruchem chronienia zachodniej cywilizacji.

Cywilizacja zachodnia to coś wspaniałego. To cudowna, niebywała cywilizacja, która jako pierwsza cywilizacja na świecie wyszła z ciasnych uliczek handlowej krzątaniny na szeroki przestwór wszelkiego rodzaju intelektualnych i technologicznych dokonań.

Cywilizacje Afryki i prekolumbijskich Ameryk to cywilizacje spóźnione, wobec których miewa się poczucie winy. Tak, niewolnictwo, eksterminacje, grabieże, i w ogóle cały ogrom cierpień zadanych ludom tych regionów w trakcie pochodu zachodniej cywilizacji ku nowym terytoriom i zasobom surowcowym, to wszystko było. Ale Indianie Północnej Ameryki pozostawieni sami sobie do dziś żyliby w wigwamach. Pozostawione same sobie plemiona dżungli amazońskiej wciąż żyją w szałasach z palmowych liści.

Majowie i Aztekowie ze swymi piramidami posunęli się nieco dalej w cywilizacyjnym rozwoju, znali nawet koncepcję koła, ale do czasów konkwisty nie zdołali wykorzystać go do żadnych praktycznych zastosowań prócz dziecięcych zabawek. Podobnie jak Chińczycy, którzy wprawdzie wynaleźli proch, ale technologicznie nie wykroczyli z nim poza fajerwerki.

Cywilizacja rosyjska, cywilizacja chińska, cywilizacja arabska i cywilizacja hinduska to cywilizacje nie tyle spóźnione, co nienadążające. Wciąż próbują dogonić Zachód i wciąż pozostają w tyle. Ich wiecznym przekleństwem jest wtórność, niedorównywanie. Jedyna cywilizacja dalekowschodnia, która dorównała Zachodowi, to cywilizacja japońska. Jest ona jednak demograficznie, gospodarczo i militarnie zbyt słaba, by zachodnią cywilizację wyprzedzić i wnieść do niej nowe wartości.

Cywilizacje hinduskie i arabskie zapowiadały się wspaniale. To stamtąd przyszła na Zachód matematyka, astronomia i koncepcja liczby zero, ale później przychodzili już tylko genialni ludzie, podczas gdy opuszczone przez nich narody albo się uwsteczniały, albo dotykał je syndrom wiecznej wtórności i naśladownictwa. W czym tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy? W wadliwych systemach zarządzania, w kostnieniu struktur administracyjnych, w dominacji wierzeń i przesądów? Być może we wszystkim po trochu. W każdym razie coś poszło tam nie tak.

Zachód to wspaniała, cudowna, niesamowita cywilizacja. Broń palna, machina parowa, przemysł naftowy, silnik spalinowy, rachunek różniczkowy i całkowy, elektryczność, radio, telewizja, radar, energia jądrowa, teoria względności, mechanika kwantowa, astrofizyka, komputery, loty kosmiczne, internet i ostatnio smartfony mieszczące się na dłoni dziecka wraz z całą wiedzą ludzkości - to wszystko jest dziełem tej cywilizacji. To wszystko i jej kultura. Bez swojej wielkiej kultury, swojej literatury, sztuki, muzyki, teatru, filmu, mody, kuchni, Zachód byłby tylko technologiczną wydmuszką.

Jest więc co chronić, jest o co się bać.

Polscy geopolitycy zwracają pełne nadziei oczy ku Chinom. Skąd im się to wzięło? Który Polak chciałby żyć w obcej mu duchowo chińskiej cywilizacji? Zdaniem wspomnianego już wyżej amerykańskiego geopolityka Stephena Kotkina, pytania o światowy porządek pod kierownictwem Chin nawet w Azji wywołują zakłopotanie. Chiny to oczywiście wielki naród z wielką kulturą i jeszcze większą przemysłową potęgą, przed którą korzy się nawet Zachód. Ale gdzie jest chiński Holywood z powalającymi świat na kolana chińskimi filmami, gdzie są chińskie arcydzieła literatury, którymi zaczytywałaby się Ameryka i Europa, gdzie jest ogólnoświatowa fascynacja wykonawcami chińskiej muzyki popularnej? Nie ma tego wszystkiego. Zachód pod każdym względem wciąż przewodzi światu.

W dodatku ma w swojej księdze wielkich dokonań jeszcze jeden wspaniały wynalazek, może największy ze wszystkich. Wynalazkiem tym jest demokracja.

Poczęta w starożytnych Atenach, praktykowana przez czas jakiś w starożytnym Rzymie, po czym trwająca przez długie wieki jedynie w marzeniach największych myślicieli Europy, doczekała się w końcu krótkotrwałego triumfu w latach rewolucji francuskiej, by wreszcie zostać na dobre wskrzeszona w Ameryce, gdzie do dzisiaj stanowi dla jej mieszkańców nienaruszalny fundament życia.

Ameryka, Stany Zjednoczone. Blisko 350 milionów ludzi żyje tam w demokracji, oddycha nią i postępuje w myśl jej zasad, nie wyobrażając sobie innej egzystencji. Podobnie odczuwa i żyje obecnie pół miliarda ludzi w Europie. Dodajmy do tego Kanadę, Australię, Indie, Japonię i ogromną diasporę zwolenników demokracji muszących egzystować w autorytarnych krajach, a doliczymy się kilku miliardów ludzi żyjących lub chcących żyć w demokracji nie dlatego, że ktoś im każe, tylko że sami tego chcą lub pragną.

Różne były dotąd demokracje. Polacy na przykład mieli demokrację szlachecką. I dopiero Amerykanie powiedzieli światu jednoznacznie: All men are created equal. Wszyscy ludzie są stworzeni równymi. Obecnie cała planetarna społeczność ludzi opowiadających się za demokracją bierze te słowa za własne.

Władze Rosji i Chin nie przepadają za demokracją. Mają swoje pomysły na urządzenie świata i uważają, że przysługuje im prawo do wprowadzania ich w życie. Religijni liderzy Bliskiego Wschodu z kolei czują się w obowiązku szerzyć Islam wszędzie, gdzie tylko dostrzegą szeroko otwarte dla siebie drzwi. Poprawność polityczna zakorzeniona głęboko w Europie i Ameryce jest ich wielkim sojusznikiem. Ludy światowego południa ciągną do Europy i Ameryki po prostu w nadziei na lepsze życie. Tutaj intencje są najzupełniej niewinne. Wystarczy nieco domknąć drzwi, by napór zelżał. Ale z Rosją, Chinami i Islamem trzeba wciąż się mieć na baczności i taktyka rozpoznania bojem jest w tym przypadku jak najbardziej usprawiedliwiona.


Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka