Parę notek temu, snując dywagacje o czasie, przestrzeni i wszechświecie, postawiłem ryzykowną tezę, że czas nie istnieje i że w związku z tym podróże w czasie są niemożliwe. W dzisiejszej notce stawiam rozszerzoną wersję powyższej tezy:
Podróże w czasie są niemożliwe nawet przy założeniu, że czas istnieje.
Pojęcie czasu od zarania cywilizacji wymykało się narzędziom rozumu. Albert Einstein nieco je ujarzmił łącząc czas z przestrzenią w jednolitą, czterowymiarową czasoprzestrzeń. Czas nie jest czymś, czego można dotknąć jak cegły, ale jako czwarty wymiar czasoprzestrzeni, jako osadzony w jej strukturze element, jest już bardziej dostępny ludzkiemu pojmowaniu.
Niemniej idea podróżowania w czasie zrodziła się na długo przed Einsteinem. Już w starożytności filozofowie rozprawiali o tym, a słynna powieść Herberta Wellsa „Wehikuł czasu” została wydana jeszcze w epoce obowiązywania filozofii Izaaka Newtona, w której przestrzeń i czas traktowane były jako osobne, autonomiczne względem siebie byty.
Lecz niezależnie od tego, że ta wizja czasu i przestrzeni jest już passe, że teraz obowiązuje wizja Einsteina, czynność przenoszenia się z miejsca na miejsce jest bardzo prosta zarówno koncepcyjnie, jak w realnym planie. Wystarczy przejść od placu Zamkowego do Alei Jerozolimskich, żeby się w drodze o tym przekonać. W einsteinowskiej rzeczywistości wygląda to dokładnie tak samo, jak wyglądało w rzeczywistości Newtona. Normalnie idziesz chodnikiem i zbliżasz się do celu. Jednocześnie jest to wędrówka w czasie, bo osiągasz cel kilkanaście minut później, czyli przenosisz się w przyszłość. Równie prosty w obu tych rzeczywistościach jest powrót z Alei Jerozolimskich na plac Zamkowy. Wracając nadal przenosisz się w przyszłość, bo strzałka czasu w obu omawianych rzeczywistościach jest jednokierunkowa. Intuicyjnie i w świetle naukowo ustalonych faktów jest to oczywiste. Tak jak to, że wracasz na plac Zamkowy, ale trafiasz już do innego miejsca, gdyż w trakcie twojej wędrówki poruszała się także Ziemia, zmieniając swoje położenie w kosmosie razem z placem, Alejami i tobą.
To mało ciekawe. Przenoszenie się w przyszłość w trakcie przebierania nogami jest zjawiskiem zbyt banalnym, by się nim ekscytować. Dzisiaj dokonanie takiego wyczynu nawet w trakcie podróży samolotem jest nudne. Nuda znika dopiero, gdy pochylamy się nad kwestią prawdziwych podróży w czasie.
Rutyna codzienności stwarza przekonanie, że jesteśmy skazani na teraźniejszość, z której nie można się wyrwać ani do przodu ani do tyłu. Przekonanie to nie zabija jednak marzeń o dalekich podróżach w przeszłość i w przyszłość. Nawet najwięksi naukowcy z Einsteinem na czele im ulegali.
Fizyka Newtona nie dawała najmniejszych szans na podróżowanie w czasie. Co innego teoria względności Einsteina. Tu nagle przez litą ścianę niemożliwości przeniknęły promyki nadziei. Któż nie słyszał o poruszaniu się w czasie poprzez przekroczenie prędkości światła na przykład w bańce czasoprzestrzennej, o wykorzystaniu w tymże celu czarnych dziur jako tuneli czasoprzestrzennych, o zamkniętych pętlach czasowych wiodących w przeszłość lub w przyszłość.
Wszystko to ma być teoretycznie możliwe. Lecz jedynie einsteinowska dylatacja czasu podczas kosmicznych wypraw z prędkością choć częściowo zbliżoną do prędkości światła stwarza realną możliwość przedostania się do dalekiej przyszłości. Z tym, że podróże w przyszłość nie są zamierzonym celem tego rodzaju wypraw. Jest nim w miarę szybkie dotarcie do innych planet. Może jakieś bardzo, ale to bardzo zaawansowane cywilizacje, powiedzmy trzeciego typu w skali Kardaszowa, byłyby w stanie zrealizować wzmiankowane wyżej teoretyczne możliwości. Jest jednak skrajnie wątpliwe, czy jakakolwiek cywilizacja nie ulegnie zagładzie w katastrofie kosmicznej lub nie zniszczy się samoobsługowo, zanim osiągnie tak zaawansowany etap rozwoju. Poza tym wszystkie te propozycje zakrawają po prostu na pseudonaukowe brednie. Aż dziwne, że podpisują się pod nimi nawet uznani astrofizycy.
Moim zdaniem podchodząc do kwestii podróży w czasie trzeba twardo się trzymać czasoprzestrzeni Einsteina i tego, że czas jest jej czwartym wymiarem. Gdyż tylko wtedy od razu staje się jasne, dlaczego podróże w czasie są niemożliwe. Z Alei Jerozolimskich na plac Zamkowy wraca się bez problemu, ale to nie będzie już plac sprzed około pół godziny, z tymi samymi dokładnie przechodniami, z tą samą dokładnie grupą gołębi obok kolumny Zygmunta. By wrócić do tego właśnie miejsca musisz wykroczyć poza trzy wymiary newtonowskiej przestrzeni i wejść w czterowymiarową przestrzeń Einsteina. A tam już ścieżka czwartego wymiaru – czasu – doprowadzi cię bezpiecznie do tych samych dokładnie przechodniów i gołębi.
Teraz pozostaje tylko wyjaśnić, jak wyżej opisanej operacji dokonać. Powiem wprost. Czegoś takiego nie da się dokonać. Bo żeby wrócić do przeszłości, nawet tak nieodległej, jak ta z przechodniami i gołębiami na placu Zamkowym, trzeba by cofnąć wszystko, ale to wszystko, czyli ciebie, cały plac Zamkowy, całą ziemię, całą galaktykę i w ogóle cały wszechświat, dokładnie do punktu w czasoprzestrzeni, od którego zacząłeś wędrówkę do Alei Jerozolimskich i z powrotem. W tym celu trzeba skurczyć wszechświat na powrót do objętości jaką poprzednio zajmował. Wydatek energetyczny na ten cel byłby taki, że nie pokryłoby go nawet pięć wszechświatów. Tak samo nieopłacalna i niewykonalna byłaby najkrótsza nawet podróż w przyszłość, polegająca na rozciąganiu wszechświata. Można się spierać, że wystarczyłoby skurczenie czy rozciągnięcie jedynie wąskiego, lokalnego pasma czasoprzestrzeni, ale to beznadziejne.
Myślę, że obroniłem swoją tezę o niemożliwości podróży w czasie. Teraz obiecana w tytule odpowiedź na pytanie, czym jest czas.
Przystępując do pisania tej notki miałem mętne pojęcie o naturze czasu, a o tym, czym on jest, to już żadnego. Wyrzucałem sobie nawet, że zamiast pójść na piwo, zawracam sobie głowę podróżami w czasie, w które nigdy nie wierzyłem i nie wierzę, choć seria filmów „Powrót do przyszłości” naprawdę przypadła mi do gustu. Ale nie żałuję straconego pobytu w miłym barze, bo dopiero przy pisaniu o podróżach w czasie zrozumiałem wreszcie, czym jest czas, o którym niezmordowanie rozprawiają filozofowie i astrofizycy. I nawet dziwię się, że nie od nich otrzymałem jasną odpowiedź na to odwieczne pytanie.
Podtrzymuję swoją wyjściową tezę. Czas nie istnieje. Nie ma go. Jest wszechświat, jest jego rozszerzanie się, przyrastanie jego objętości. Tym właśnie jest ten nieuchwytny żywioł zwany czasem – wzrastaniem objętości wszechświata. W zasadzie jest tym upływ czasu. A sam czas?
Czas to objętość wszechświata. Objętość w momencie, gdy stawiam kropkę na końcu tego zdania.
Znowu brzmi to naiwnie. Ta notka w ogóle miała mieć tytuł „Refleksje naiwne o niemożliwości podróży w czasie”, tak że bez naiwności w ostatecznym tekście nie mogło się obejść. Ale proszę się jeszcze nie śmiać. Proszę o to, bo sam wielki Richard Feynman mówił dokładnie to, co ja. Jedyna różnica, że tłumaczył upływ czasu wzrostem entropii wszechświata, a nie wzrostem jego objętości.
Entropia zawsze była dla mnie pojęciem mocno abstrakcyjnym. Opisywana jest jako miara nieuporządkowania lub rozproszenia energii w układzie. Nigdy nie wiedziałem, jak to ugryźć. Teraz, gdy już lepiej kumam o co chodzi, mam pokusę napisać, że objętość wszechświata i entropia wszechświata to jedno i to samo. Niemniej wolę tłumaczyć sobie upływ czasu wzrostem objętości wszechświata. Bo to lepiej układa się w wyobraźni.
Na początku XX wieku Einstein przekonał świat, że czas jest czwartym wymiarem czasoprzestrzeni. Od tego czasu ludzie próbują sobie wyobrazić ten czwarty wymiar i nic z tego nie wychodzi, bo ewolucja nie wyposażyła nas w wyobraźnię czterowymiarową tylko trójwymiarową, niezdolną do wyobrażania sobie czwartego wymiaru.
Tymczasem czterowymiarowa wyobraźnia jest tu niepotrzebna. W zupełności wystarczy trójwymiarowa, gdyż jak już napisałem parę akapitów wyżej, tym czwartym wymiarem jest objętość wszechświata. Objętości wszechświata nie da się dotknąć jak cegły, za to można zobaczyć jak wzrasta obserwując przez teleskop ucieczkę galaktyk.
To niesamowite, bo przecież w ten sposób dosłownie patrzymy na upływający czas.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)