Do Ameryki trafiłem stopniowo. Najpierw na parę lat, później na stałe. W Ameryce była biblioteka. Dużo do niej chodziłem, żeby uzupełniać wiedzę fachową. Gdy wiedza fachowa zaczynała wychodzić mi bokiem, przenosiłem się schodami albo windą do czytelni czasopism, gdzie urządzałem sobie przeglądy prasy. Z powodu dręczącej tęsknoty za krajem przeglądałem wyłącznie polską prasę i tylko niekiedy z neofickiej nadgorliwości sięgałem po amerykańską.
W amerykańskiej prasie natknąłem się na artykuł, który mnie po prostu zachwycił. Była w nim omawiana idea utworzenia północnego pasa państw jako przeciwwagi dla Globalnego Południa. Pas miał się ciągnąć od zachodnich wybrzeży Ameryki i Kanady poprzez Europę do wschodnich wybrzeży Rosji. Jego utworzenie mogłoby zapewnić Globalnej Północy bezpieczeństwo na wieki. Podobno pierwszy wpadł na ten pomysł, jeszcze za prezydentury starszego Busha, ówczesny sekretarz stanu James Baker.
Mój zachwyt trwał nie więcej niż kilka minut, po czym zgasł jak przepalona żarówka. Nie trzeba było mieć doktoratu z geopolityki, żeby natychmiast pojąć, że wspólnota gospodarczo-polityczna Zachodu z Rosją była tylko piękną mrzonką. Niemniej pamiętam ten moment jałowej euforii sprzed paru dekad tak wyraźnie, jakby zdarzył się przed chwilą.
Pewnie w podobny sposób ludzie ulegli w 1971 roku magii piosenki Johna Lennona „Imagine” i pamiętali po długich latach, jak się nią zachwycali, jednocześnie nie wierząc, że to, o czym Lennon marzył, kiedykolwiek się spełni. A marzył, jak wszyscy wiemy, o świecie bez wojen i granic.
W 1971 roku Ameryka była w środku wojny w Wietnamie. W 2026 roku znowu jest uwikłana w wojnę, której końca nie widać. Mowa o wojnie na Ukrainie, bo wojna na Bliskim Wschodzie, która potrzebna była Ameryce jak dziura w moście, dopiero się rozkręca.
Może więc i teraz ktoś śpiewa jakieś „Imagine”, jakieś dzisiejsze „Wyobraź sobie”. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Nie mam czasu słuchać młodych marzycieli z gitarami. Za to dobiega mnie coraz wyraźniej i natarczywiej zupełnie inne „Imagine” w wykonaniu pięćdziesięcioletnich marzycieli bez gitar, natomiast z piwnymi brzuszkami:
Wyobraźmy sobie, że USA porzucają NATO. Co powinna zrobić w takiej sytuacji Polska?
Warszawska szkoła geopolityczna ma na ten własny zaśpiew od dawna gotową i krzykliwie rozgłaszaną odpowiedź:
Polska powinna w porozumieniu ze Szwecją, Ukrainą i Turcją zagrozić Rosji rakietowo-dronową blokadą Królewca oraz atakami długiej ręki w głąb Federacji Rosyjskiej i trochę krótszej ręki w kierunku Białorusi, ze szczególnym uwzględnieniem strategicznie położonego Grodna. Jednocześnie powinniśmy generować własne zdolności militarne. Z Ukraińcami, Szwedami, Turkami. Udając przy tym wszystkim, że nadal należymy do amerykańskiego systemu i nadal jesteśmy posłusznymi wasalami Ameryki. Bajeru, więcej bajeru z nią trzeba.
Obmierzłość i bezwstyd tych propozycji są porażające. Może jedynie rozwijanie własnych zdolności militarnych ma jakąś wartość. Wszystko inne, z długą ręką na czele, to szczeniacki samogwałt, proszenie się o następne kilka milionów polskich ofiar. Tym razem już nie w ciągu sześciu lat. W ciągu paru kwadransów. Więcej nie trzeba, żeby spopielić 312 tysięcy kilometrów kwadratowych polskiego terytorium. Nikt nie będzie się z Polską patyczkował, nikt nie będzie tracił na nią czasu w warunkach wojny z kilkoma o wiele groźniejszymi przeciwnikami. Tylko Ukraina może na pobłażliwość Federacji Rosyjskiej liczyć. Wszak Ukraińcy i Rosjanie to jeden naród. Polacy natomiast w oczach Rosji są obcym narodem. Więc trach i po wszystkim. Kto następny do golenia?
Marzyciele bez gitar marzą o masowych systemach dalekiego uderzenia. Pomijając już infantylność wiary w możliwość wejścia w ich posiadanie bez wiedzy Ameryki i w to, że Ameryka później milcząco się zgodzi na ich stosowanie, trudno pojąć ślepotę tych panów na kompletną nieskuteczność masowych uderzeń rakietowych i dronowych, gdy obie strony konfliktu czują się egzystencjalnie zagrożone. Rosja bez przerwy aplikuje Ukrainie masowe uderzenia i nic. Masowo uderzana Ukraina stoi już cztery lata. Jej masowe uderzenia odwetowe w głąb Rosji też nic konkretnego nie dają. Szczerze mówiąc, na cielsku rosyjskiego słonia są one jak ukąszenia komara.
Polscy marzyciele bez gitar z nieprzejednanym przekonaniem głoszą, że masowe lewe proste i prawe sierpowe amerykańskiego boksera wagi superciężkiej nie rzucą irańskiego boksera wagi lekkopółśredniej na kolana. Ba, głoszą wręcz, że Ameryka wojnę z Iranem już przegrała. Natomiast zgoła odwrotną logikę panowie ci stosują w odniesieniu do masowych uderzeń Ukrainy – i może kiedyś Polski – w głąb Rosji. Tutaj w jakiś cudowny, magiczny sposób ma dojść do poskromienia rosyjskiego kolosa. Iran ustoi, Rosja ustać nie ma prawa. Jeśli to nie jest życzeniowe myślenie, to nie wiem, co nim jest.
Więc co Polska ma niby robić? – być może zakrzyknie chórem w tym miejscu obóz zbrojnego oporu - Pokornie, bez walki, poddać się woli nuklearnej Rosji?
Nie, dlaczego zaraz się poddać, dlaczego zaraz pokornie? Jest lepszy i co ważniejsze skuteczniejszy sposób. Marzyciele bez gitar ze stoickim spokojem akceptują wizję niszczenia pięknych polskich miast, rozpadu prywatnej codzienności tysięcy Polaków w trakcie bohaterskiej wymiany masowych uderzeń i absolutnie nie dopuszczają do siebie myśli o możliwości nakreślenia rozsądniejszego scenariusza. Jeśli Polska nie chce, kategorycznie sobie nie życzy, kolejnej dziejowej katastrofy, to recepta na jej uniknięcie, na wyjście z jej cienia z całą i wysoko uniesioną głową jest następująca:
Jeśli USA porzucą NATO, Polska nie czekając na rozwiązanie tej anachronicznej organizacji powinna natychmiast z niej wystąpić i proklamować neutralność. Nie wymaga to chyba większej odwagi, niż przystąpienie u boku Ukrainy do wojny z Rosją i przyjęcie na klatę odwetu, jaki tylko Kremlowi wpadnie do głowy. Neutralność bardzo opłaciła się Finlandii, Szwecji, Austrii i Szwajcarii. Wszystkie te państwa należą do klubu najszczęśliwszych krajów na świecie. Finlandia i Szwecja wybrały sobie bardzo niefortunny moment na wstąpienie do NATO. Teraz będą musiały z NATO wystąpić. Trochę głupio, ale co innego pozostaje im do zrobienia?
Tak, wystąpienie z NATO to nie jest bułka z masłem. Tym bardziej nie jest nią ogłoszenie neutralności. Są procedury, są skomplikowane traktaty, Polskę czeka korowód żmudnych negocjacji. Z Ameryką, z Rosją, z Europą, z Ukrainą, nawet z samą sobą. Wystarczy tylko pomyśleć o wrzasku marzycieli bez gitar i pomstowaniu wszystkich stronnictw politycznych, nie wyłączając partii rządzącej i opozycji, żeby Polakom zaczęło się odechciewać neutralności. Ale chyba lepsze są nieprzyjemne negocjacje, wrzask i pomstowanie, niż ponura egzystencja pod bombami.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)