Wczoraj napisałem, że Miłosz Kłeczek dba tylko o oglądalność. Że nie chodzi tam o fakty i o prawdę. Chodzi o to, żeby wywołać skandal.
Być może skrzywdziłem Miłosza Kłeczka, bo okazuje się jednak, że czasem Miłoszowi Kłeczkowi chodzi o prawdę. Może tak mimochodem i przez przypadek, ale jednak…
Oglądałem fragment programu w Telewizji Republika, w którym Kłeczek namawiał posła Szczuckiego, żeby napisał odręczną deklarację, że występuje ze stowarzyszenia Rozwój+ i wraca do PiS. Na końcu nawet się przejęzyczył, mówiąc: „podpisany Miłosz Kłeczek”.
Ale zaraz… przecież Miłosz Kłeczek niczego podpisywać nie musi. On ciałem i duszą zawsze był i jest „podpisany” pod linią PiS, bez potrzeby składania jakichkolwiek deklaracji. Jeśli już odwołujemy się do realiów PRL-u, to warto przypomnieć, że byli wówczas także niezwykle cenni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa, od których nie brano żadnych podpisów, żeby ich nie wystraszyć i nie pozostawiać śladów. Z całą pewnością równie cenny dla PiS jest właśnie Miłosz Kłeczek i uprawiana przez niego propaganda.
Otóż kiedy to zobaczyłem, jak bez żadnej żenady znęca się nad biednym posłem Szczuckim, przypomniał mi się Jerzy Urban. Ten perfidny, łopatologiczny propagandzista stanu wojennego.
Jeśli wam się wydaje, że ten styl to już przeszłość, to zobaczcie, co wyrabia Kłeczek. Nawet ta lojalka, którą próbował wymusić na Szczuckim, jest wzięta rodem ze stanu wojennego. Uznali to nawet Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, pisząc oświadczenia do władz na odrębnych kartkach papieru.
Tak że spoko! Urban żyje, a Miłosz Kłeczek twórczo rozwija jego dorobek. Gratulacje.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)