Czy ci kibole coś z tego zrozumieją? Czy zrozumieją, że ci, o których grobów renowacje chcą dbać, którą to renowacją tak się chlubią, dziś byli by – w tym pięknym geście - po stronie Litwinów? Tak. Byliby. Jestem tego pewien. Bo ci wielkopolscy powstańcy, choć kochali Polskę i byli gotowi do ostatniej kropli krwi walczyć o nią z sąsiadami, to z pewnością nie znali jednego uczucia: pogardy. Pogardy, która jest czymś gorszym, od najbardziej nawet zaciekłej walki z kimś – kto w danej chwili – jest wrogiem mojej Ojczyzny. Czy kibole Lecha to rozumieją? Chciałbym w to wierzyć. Choć - szczerze wątpię, skoro na swego szefa wybierają faceta mocnego w pluciu. Tu zdecydowanie bardziej trzeba umysłu i serca…
Rzadko chodzę na piłkarskie mecze. Ostatnio to był czerwiec zeszłego roku. Spotkanie Polska – Rosja w ramach Euro 2012. Z tego też powodu nie zabierałem głosu w żywym kibolsko – politycznym sporze.
Ten spór można – w generalnych zarysach - opisać tak: dla jednych to raczej niebezpieczna huliganerka, ocierająca się o elementy nacjonalistyczne, którą lepiej mieć pod uważniejszą kontrolą, dla drugich – grupa, która może i bezładnie, czasem nieporadnie i zbyt ostro, ale jednak prezentuje tradycyjne wartości: patriotyzm, wiarę, wzajemną pomoc. Jakie partie stały po stronie tych dwóch opisów – wszyscy wiemy.
Ja w tej sprawie dotąd nie zabierałem głosu. Bo zjawisko to było dla mnie nie jednoznaczne. Na swoją skromną skalę, tyle co spotykałem, także prywatnie, fanów poznańskiego Lecha, odnajdywałem wśród nich te obie, opisane powyżej, postawy. Sytuacja się jednak zmieniła. Zmieniła się od czasu niedawnego meczu poznańskiej drużyny z wileńskim Żalgirysem.
Najpierw był głupi wileński wybryk fanów Lecha. Ostentacyjne wznoszenie okrzyków, co do przynależności Wilna do Polski pod Ostrą Bramą, trudno traktować inaczej jak czystą prowokację. Prowokację, która tamtejszym Polakom – rzeczywiście przez Litwinów w swych podstawowych prawach krzywdzonym – z pewnością nie pomoże. Zresztą pewnie nie o to tu chodziło. Bo szło tu chyba raczej o zademonstrowanie – pewno i zakumulowanego alkoholem – specyficznie rozumianego patriotycznego „wzmożenia”. „Wzmożenia” wskazującego, że jego uczestnicy więcej czasu spędzili dotąd w barach czy na stadionach niźli w szkolnych ławach.
Potem było już tylko gorzej. W meczu rewanżowym, w Poznaniu, na trybunie zawisł ogromny transparent: „Litewski chamie, klęknij przed polskim Panem”. Już sama jego treść jasno wskazywała przynajmniej na to, kto w całej tej sytuacji przyjmuje rolę owego chama. Oczywiście po małym wyjaśnieniu: to wskazanie jest oczywiste dla tych, których Pan Bóg bardziej obdarzył inteligencją niż siłą. Siłą wykorzystywaną zwykle do walki z policją czy kibicami przeciwnej drużyny, przy pomocy profesjonalnie wyrwanego krzesełka.
Teraz spór wszedł w nową fazę. Bo oto zasłużony i znany kapłan, organizator poznańskich zbiórek na wileńską Rossę, ksiądz Eda Jaworski, który zaprotestował przeciw napisowi o „litewskim chamie” dowiedział się najpierw, że kibice Lecha więcej zbiorą w swej akcji renowacji grobów wielkopolskich powstańców niż on na ratowanie Rossy, a potem jeszcze - jakiś z pewnością oddany Polsce i swej drużynie kibic – wysłał zasłużonego kapłana do egzorcysty (http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,14449203,Szef_Wiary_Lecha_szydzi_z_ksiedza_Jaworskiego.html#LokPozTxt).
I na to wszystko pojawiła się zaskakująca, internetowa akcja litewska. Akcja „Kocham Polskę!”. Akcja stronę polską zawstydzająca. To rzez jasna nie znaczy, że już wszystko jest w porządku. Że mamy sobie wyrwać z serc naturalny, polski sentyment do Wilna. Że nie będziemy już widzieć naruszeń prawa – i jasno reagować na nie – tam, gdzie, litewskim Polakom staje się krzywda. Ale – przyznajmy to otwarcie – to Litwini pokazali nam dziś, że można inaczej. Nam, ale nie tylko nam. Przede wszystkim poznańskim kibolom.
Czy ci kibole coś z tego zrozumieją? Czy zrozumieją, że ci, o których grobów renowacje chcą dbać, którą to renowacją tak się chlubią, dziś byli by – w tym pięknym geście - po stronie Litwinów? Tak. Byliby. Jestem tego pewien. Bo ci wielkopolscy powstańcy, choć kochali Polskę i byli gotowi do ostatniej kropli krwi walczyć o nią z sąsiadami, to z pewnością nie znali jednego uczucia: pogardy. Pogardy, która jest czymś gorszym, od najbardziej nawet zaciekłej walki z kimś – kto w danej chwili – jest wrogiem mojej Ojczyzny. Czy kibole Lecha to rozumieją? Chciałbym w to wierzyć. Choć - szczerze wątpię, skoro na swego szefa wybierają faceta mocnego w pluciu. Tu zdecydowanie bardziej trzeba umysłu i serca…
Tu polityka zaczyna swój dzień: www.300polityka.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (132)