Blog
Plusy i Minusy Jana Filipa Libickiego
Jan Filip Libicki
Jan Filip Libicki historyk lat 47 Senator RP
27 obserwujących 1672 notki 2135639 odsłon
Jan Filip Libicki, 4 października 2018 r.

Armenia 2018. Patrząc na granicę zza wielkich wąsów

78 0 0 A A A
Wąsacz pod klasztorem Chor Wirap, 3 września 2018. Fot. P, Skalik.
Wąsacz pod klasztorem Chor Wirap, 3 września 2018. Fot. P, Skalik.

Do podnóża Araratu jest naprawdę niedaleko. Może 2, może 3 kilometry, no może 5. Ale żeby do tego podnóża dotrzeć, trzeba by najpierw w jakiś sposób sforsować ów płot, a potem ominąć tureckie wojskowe samochody. A one jeżdżą z taką częstotliwością, że ominąć je wydaje się nie sposób. Jest to dla mnie coś naprawdę wstrząsającego. Ten obraz pozostaje mi w pamięci na długo.

Poniedziałek. 3 września. Dziś przed nami długa droga do dwóch klasztorów. Nie najdłuższa. Najdłuższa będzie jutro. Pierwszy cel naszej dzisiejszej podróży to klasztor Chor Wirap. Jedziemy tam mniej więcej 2 godziny. Gdy dojeżdżamy, okazuje się, że trzeba będzie podejść jeszcze pod górę. Proponują kierowcy abyśmy spróbowali jeszcze trochę podjechać. Podjeżdżamy i okazuje się, że do kompleksu prowadzi boczna brama. Niech Pan idzie po kogoś, żeby tę bramę otworzył – mówię mu. Kierowca wysiada i za chwilę razem z towarzyszem podchodzi do bramy. Ale co to za towarzysz! To, że grzecznie otwiera nam bramę jest niczym w porównaniu z jego niesamowitymi wąsami! Wąsami, które nie opuszczają się na dół, tylko sterczą wzdłuż! Od jednego końca do drugiego będzie pewnie ze 40 cm! Coś niesamowitego!

Korzystając z uprzejmości wąsacza wjeżdżamy do środka i zwiedzamy klasztor. Jest oczywiście piękny i robi wrażenie, ale większe wrażenie robi coś innego. Otóż, gdy stoi się na dziedzińcu klasztoru widać jakby okno w ścianie, A kiedy się przez to okno wygląda, widać cały dramat Ormian, gdy chodzi o Ararat. Otóż przez okno to widać najpierw silnie opłotowaną granicę ormiańsko - turecką. Granicę nieczynną, za którą co 10 minut jeżdżą groźne, tureckie samochody wojskowe. A za tym płotem widać że do podnóża Araratu jest naprawdę niedaleko. Może 2, może 3 kilometry, no może 5. Ale żeby do tego podnóża dotrzeć, trzeba by najpierw w jakiś sposób sforsować ów płot, a potem ominąć tureckie wojskowe samochody. A one jeżdżą z taką częstotliwością, że ominąć je wydaje się nie sposób. Jest to dla mnie coś naprawdę wstrząsającego. Ten obraz pozostaje mi w pamięci na długo. Właściwie, gdy myślę o tym wyjeździe, to on nasuwa mi się on jako pierwszy. Myślę o tym obrazie jeszcze długo potem, jak uprzejmy wąsacz zamyka za nami bramę...

Jesteśmy głodni, więc prosimy kierowcę, aby wskazał nam restaurację. I tu popełniamy największy kulinarny błąd tego wyjazdu. Kierowca wiezie nas do restauracji, której część jest na wolnym powietrzu. I ten błąd popełniłam ja. Nie prosząc o menu zamawiam szaszłyk z baraniny. Inni idą w moje ślady i też zamawiają szaszłyki. Pierwszym rozczarowaniem jest to, że jedzenie nie jest smaczne, a mój barani szaszłyk po prostu śmierdzi i to śmierdzi tak, że nie tylko ja mam kłopoty aby go zjeść, ale z jego zapachem muszą się zmagać również pozostali uczestnicy biesiady. Coś koszmarnego! Koszmarne jest jednak jeszcze coś. Koszmarna jest cena za ten obiad. Otóż kelnerka życzy sobie zań 52 000 dram, a więc niesmaczny obiad, w jakiejś zapadłej ormiańskiej dziurze, kosztuje tyle co połowa obfitej kolacji w eleganckiej restauracji w centrum Erywania! W ramach protestu odmawiamy zapłacenia 10% za obsługę i niezadowoleni podążamy do następnego klasztoru.

Klasztor ten nazywa się Norawank . Przez moment zastanawiam się, czy warto tam jechać. Przecież byłem już na tym wyjeździe w kilku klasztorach, a tylko dziś we wspomnianym klasztorze Norawank. Ostatecznie jednak decyduje się na zwiedzenie tego klasztoru. I muszę sam sobie przyznać, że robię dobrze. Klasztor jest ciekawy, a najciekawsze w nim jest dwupoziomowy kościół. Nie to jest jednak najważniejsze. Najważniejsze jest to, że jest on położony w bardzo wysokich górach. Żyjący tu mnisi mieli naprawdę przepiękne widoki. Coś wspaniałego!

Zresztą, co ciekawe, spotykamy jednego mnicha z Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Zakonnik życzliwie mnie błogosławi, a moi towarzysze robią sobie z nim zdjęcie.

Pozostaje nam ostatni punkt turystyczny tego dnia czyli wytwórnia wina Areni. Spodziewamy się czegoś na miarę słynnych fabryk koniaków. Trzeba przyznać. że pod tym względem spotyka nas rozczarowanie. Nie mogę tego stwierdzić jako abstynent, ale moi przyjaciele mówią, że wina są po prostu kwaśne. Nikt nie robi tutaj zakupów, a jedyne z czego zapamiętamy to miejsce, to spór z naszym kierowcą, który nas stale pogania i usiłuje narzucić nam program zwiedzania na następny dzień. Przyznam szczerze, że to wyprowadza mnie z równowagi, w związku z tym domaga się zmiany kierowcy na jutro. To działa bardzo pedagogicznie. Kierowca momentalnie zostaje zdyscyplinowany, prosząc usilnie, aby go nie zmieniać. Jak tłumaczy mi później ambasador Cieplak, w Armenii trudno o pracę i gdyby doszło do tej zmiany, to zapewne nasz kierowca musiałby się pożegnać ze swoją firmą. Po półtorej godziny wracamy do hotelu. Jutro najdłuższa eskapada naszego pobytu. Jedziemy do dwóch klasztorów po prawie 200 km w jedną stronę.

Tu polityka zaczyna swój dzień: www.300polityka.pl

Poznań 2.0 – najważniejsi w jednym miejscu – bo informacja nie musi być nudna

http://miastopoznaj.pl/

Wielkopolski Portal Osób Niepełnosprawnych – www.pion.pl

www.facebook.com/flibicki


Opublikowano: 04.10.2018 09:19. Ostatnia aktualizacja: 05.10.2018 21:00.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @COŚ WYMYŚLĘ Tak.... :-)
  • @Sowiniec coś Pan pisał o alfonsie i znikło? czyżby brak odwagi... :-) cóż środowisko...
  • @autor Bardzo dziękuję za życzenia i serdecznie pozdrawiam! Również sukcesów życzę... :-)

Tematy w dziale Rozmaitości