0 obserwujących
30 notek
9272 odsłony
237 odsłon

Lepsze jutro

domena publiczna
domena publiczna
Wykop Skomentuj1

by Jerzy Terpiłowski, Paź 27, 2017

Jak Polska wolną Polską – nie było od czasu przewrotu majowego podobnej wrzawy politycznej jak ta, którą powoduje PiS, dążąc do kompleksowej zmiany systemu rządzenia krajem. Należę do tych, którzy owej zmiany oczekiwali i ją antycypowali, ale obecnie nie mogę opędzić się od wrażenia, że niektóre działania tej partii wynikają z makiawelistycznej zasady, wedle której społeczeństwo jest jak kobieta, którą wpierw trzeba skrzywdzić, aby potem pożycie z nią układało się wedle woli Księcia. Nie powtarzając argumentów stron konfliktu i nie wdając się w spory, przyzna jednak kto szlachetny, że  praktycznie nie ma dla PiS-u alternatywy na polskiej scenie politycznej, a o możliwości zaistnienia ugrupowania politycznego zdolnego do zastąpienia go w przyszłych wyborach należałoby myśleć w kategoriach utraty szansy dla Polski, a nie racji stanu.

Startując z takiego punktu widzenia, nie można tracić z oczu możliwych skutków ubocznych sprawowania władzy, które wbrew woli rządzących mogą zaszkodzić Rzeczypospolitej. Przykładem tego jest kształt reformy sądownictwa w ustawach zatwierdzonych przez większość sejmową. W wypadku uchwycenia steru rządów przez ludzi o autorytarnych ambicjach – taka legislacja mogłaby zostać wykorzystana do narzucenia Polsce dyktatury. „Rzeczpospolita” wieszczyła nawet niebezpieczeństwo lewicowej rewolucji.   Rzeczywistość zweryfikowała tę prognozę, prezydent zawetował dwie z trzech ustaw a prezes Kaczyński wyraźnie nie zamierza  podtrzymywać stanowiska swego ugrupowania par force.

Jednakże obawa przed ekstremalnie lewicowym przełomem w Polsce pozostaje nadal po części uzasadniona, choć nie dotyczy narzędzi sprawowania rządów, którymi chciał zawładnąć PiS. Wynika z bezceremonialnego, a czasami wprost prostackiego sposobu działania niektórych funkcjonariuszy tego ugrupowania. Prezes Kaczyński – uruchamiając kolejne dźwignie utrwalające jego władzę – nie zdaje sobie być może sprawy z tego, że znaczna część polskiego społeczeństwa,  po traumie półwiecznej komunistycznej indoktrynacji reaguje na propagandę tego działania jak na wezwanie do walki klas.

I tak na przykład, kiedy trzeba zreformować fatalnie działające sądownictwo, to gromadzi się przeciw pojedynczym sędziom prymitywne zarzuty uogólniane następnie na całość tej grupy zawodowej, żeby „zwykli ludzie” uświadomili sobie, że przecież w telewizji i radio mówiono… potem sędzia autentycznie rozleniwiona bezkarnością coś brzdąknie do kamery o specjalnej kaście, do której należy za o wiele więcej niż dziesięć tysięcy miesięcznie.  Klientela sądowa pamięta upokorzenia jakie zniosła od owej „kasty”–  i w umysłach „zwykłych ludzi” maluje się obraz uprzywilejowanej warstwy społecznej, której kadry  – gwoli sprawiedliwości – należy jak najszybciej wymienić. Prasa donosi o wielu przypadkach podobnej propagandy wymierzonej w poszczególnych ludzi oraz grupy społeczne czy zawodowe, zmierzającej do zohydzenia ich w narodzie. Znamy to z PRL, a takie mobilizowanie społeczeństwa do walki z urojonymi albo rzeczywistymi przeciwnikami sięga o wiele głębiej niż się może komuś wydawać

Ostatnio podobna propaganda rozszalała się z powodu głodowego protestu rezydentów – młodych lekarzy, którzy postanowili wziąć w swoje ręce – czy może raczej na swoje żołądki – tragiczną sytuację w zagwarantowanej konstytucją ochronie zdrowia.  Pomimo że każdy, kto w ostatnich latach przebywał w zwykłym szpitalu, czy musiał rujnować się na przerażająco drogie leki, przyzna, że czas wreszcie coś z tym zrobić –   winą za istniejący stan rzeczy obarcza się w końcu samych lekarzy, a nie tych, którzy tym diabelskim młynem kręcą.  Tak było zresztą także za poprzedniej ekipy, której przynajmniej nie chciało się uruchamiać zbyt daleko idących oskarżeń. Ale pozostało przecież powiedzenie: „pokaż lekarzu, co masz w garażu” .  Teraz „zwykły człowiek”, który nie ma własnego zdania, bo to wymagałoby przeanalizowania struktury zawodowej lekarzy i elementarnej wiedzy prospołecznej, słuchając o protestach rezydentów („Rezydent”, no, no!)  ma przed oczyma obraz lekarza utuczonego honorariami wieloletniej praktyki w wiejskim ośrodku zdrowia. Dochtór jeździ nowym Mercem i mieszka w odrestaurowanym dworku.  W mieście jest to profesor, który prowadzi prywatną klinikę i trzeba mu zapłacić jedną czwartą zarobków.  

Tak się składa, że sygnały o „uprzywilejowanych” dotyczą inteligencji lub nawet elity narodu, zawodów szczególnego zaufania społecznego – ludzi, którym mądre społeczeństwo  płaci więcej niż innym, ale też więcej od nich wymaga, bo więcej dostaje. Jak dotąd nie brano pod ostrzał chłoporobotników, pracowników fizycznych i wszystkich tych, dla których miano „zwykłego człowieka” brzmi dumnie. I w końcu taki potencjalny wyborca mówi “A co? To ten, co rowy kopie przez dwanaście godzin dziennie, to się mniej namęczy niż taki… rezydent?! W głowie im się poprzewracało!!” (Autentyczne). I to zostaje w pamięci iskrą, która przy sprzyjających okolicznościach może przekształcić się w pożogę.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka