samo życie
nie oceniam ludzi, opisuję ich publiczne zachowania
27 obserwujących
428 notek
642k odsłony
  2530   10

Do przeciwników Kościoła. Mówicie, że Kościół umiera?

Co jakiś czas w mediach, a specjalizują się w ty media liberalne, pojawiają się informacje, że nadchodzi koniec Katolickiego Kościoła w naszym kraju. Nie bardzo wiem, do jakiego rodzaju mediów należałoby zaliczyć Salon pod obecną Redakcją, ale faktem jest, że i tu krytyczne wobec Kościoła wpisy są chętnie zawieszane i przez dłuższy czas trzymane na SG. Na Salonie mamy nawet pewną „specjalistkę” od spraw kościelnych, która wróży rychły upadek Kościoła, bo … to i owo, i rozpościera przed czytelnikami swoich notek perspektywę „wiecznej szczęśliwości”, która rzekomo nastanie, jak Kościół upadnie, albo chociaż utraci swoje wpływy na społeczeństwo. Owa blogerka, jak sprawdzałem w ostatnią sobotę (20.08), z pięciu ostatnich wpisów trzy poświęciła polskiemu KK i wszystkie trzy były oczywiście krytyczne. Że K.N. jest nieobiektywna wobec Kościoła, to byłaby jej sprawa, gdyby w swoich wpisach nie posuwała się do oczywistych manipulacji (o których pod koniec notatki), co raczej świadczy, że dla pewnej grupy ludzi każdy sposób, jest dobry, by Kościołowi „dowalić”, ciągle go o coś napominać, a w konsekwencji osłabić. Coś na tym osłabieniu KK zyskają? Bardzo wątpię, a nawet uważam, że niewierzący też tracą na podkopywaniu Kościoła, bo to jedna z nielicznych już instytucji, która, co by nie powiedzieć, nawołuje swoich wiernych, a to przecież znaczna część społeczeństwa, do moralnie poprawnych zachowań. Kto jeszcze to robi? Czy nie łatwiej żyje się w społeczeństwie, które przestrzega określonych reguł, niż w takim, w którym wszystko wolno? Czy „róbta, co chce ta”, to ta złota zasada, która czyni ludzi wolnymi i szczęśliwymi?

Kto zatem przypomina społeczeństwu jeszcze zasady takiego współżycia poszczególnych jednostek ze sobą, by, jako społeczeństwu żyło się nam lepiej? Tę pracę trzeba zaczynać od dzieci i prowadzić ją przez cały okres ich dorastania, ale, kto to ma robić? Rodzice? Wielu z nich twierdzi, że nie ma na to czasu, praca, dodatkowa praca (kredyty), spotkania towarzyskie, coraz więcej małżeństw rozbitych, dzieci w różnych domach, jak tu znaleźć na to wszystko czas? Szkoła? Nie bardzo, ona w wielu aspektach jest zbyt liberalna. Był taki czas, kiedy do szkół wpuszczono organizacje pozarządowe, a te zajęły się takim wychowaniem (uświadamianiem) dzieci, że trzeba było te organizacje ze szkół przegonić. To może wyższe uczelnie jakąś pozytywna rolę odgrywają w wychowaniu starszej młodzieży? Te tym bardziej do tego się nie nadają, jesienią 2020r dały temu jednoznaczny wyraz, a poza tym, tam trafiają, wg prawa, dorośli ludzie i na kształtowanie ich sumień jest już nieco za późno (choć wspólnoty akademickie KK całkiem udanie to robią). To, kto jeszcze pozostał? To może ta nieco dalsza rodzina, dziadkowie, wujostwo, kuzyni? Ale przecież rodzina, w tym tradycyjnym znaczeniu, mężczyzna, kobieta i dzieci, traci coraz bardziej na znaczeniu, „nie jest w modzie”. Teraz wiele par żyje w wolnych związkach, które są znacznie bardziej narażone na nietrwałość, niż te sformalizowane, choć i te rozpadają się coraz częściej, niż to jeszcze całkiem niedawno się zdarzało. Jak w tym bałaganie mają odnaleźć się dzieci, „przyszłość narodu”, skoro i dorośli się w tym wszystkim gubią? To dorośli ustalają „zasady gry”, a te zasady zostały już tak zdewastowane, że teraz definicja rodziny ma tyle wariantów, ile ilości płci niektórzy się doliczają, jakby i bez namnażania płci nie było to wystarczająco skomplikowane.

Od czasu do czasu w swoich tekstach, dotyczących rodziny, opisuję sytuację, jaka kiedyś mnie spotkała i wobec której poczułem się totalnie bezsilny. Przed wielu laty byłem na spacerze z czteroletnim dzieckiem bliskiego mi małżeństwa, które było w fazie rozpadu, a ich dziecko, tak, jak umiało, próbowało temu rozpadowi zapobiec. Tak, tak, czteroletnie dziecko walczyło, żeby jego rodzice zostali razem (np. chciało, żeby rodzice trzymali się za ręce, żeby się całowali, razem spali, itp.), ale czuło, że tak się nie stanie. W pewnym momencie spaceru usłyszałem od dziecka, że jest mu tak źle, że wolałoby nie istnieć. Nie wiedziałem, co mam z tą informacją zrobić, a sam wówczas miałem o rok starsze dziecko i próbowałem sobie wyobrazić, co ja bym swojemu dziecku powiedział, gdyby podobna sytuacja nam się przydarzyła. Nic nie wymyśliłem, byłem tą sytuacją wręcz przerażony, że zacząłem temu maluchowi niezdarnie tłumaczyć, że tak nie wolno myśleć, że świat jest piękny, że … , ale nie zdobyłem się na to, by go zapewnić, że rodzice zostaną razem. I kiedy słyszę o jakimś rozwodzie, czy rozpadzie nieformalnego związku, to tamta sytuacja ciągle do mnie wraca. I wracają inne sytuacje, które znam, gdzie dorośli już ludzie egzystują w tzw. patchworkowych rodzinach, zazdrościć im nie ma czego (patchworkowe rodziny, z ang. blended family, tłum. moje „wymieszana, zapakowana rodzina”(?) są też nazywane rodzinami zrekonstruowanymi lub wielorodzinnymi(sic!)). Kościół takim sytuacjom nie jest w stanie zapobiec, ale walczy o tradycyjną rodzinę, bo ta dla dzieci jest najlepszym miejscem do dorastania. Nie wierzycie? To posłuchajcie sobie piosenki „Tata” Ralpha Kaminskiego, artysty, który zrobił furorę na ostatnim Top Festiwalu w Sopocie, może jemu uwierzycie, że pełna rodzina jest ważna.

Lubię to! Skomentuj246 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo