Wyobraźcie sobie scenę godną hollywoodzkiego blockbusteru pod tytułem Bunker Hero:
Strach Putina i puste krzesła. Zamiast hucznej demonstracji potęgi – skromna, kameralna imprezka, jakby babcia organizowała urodziny w bloku, ale z atomowym podtekstem i siatką przeciw dronom nad głową. Po raz pierwszy od prawie 20 lat żadnych czołgów, rakiet, wyrzutni, ciężkiego sprzętu. Tylko marsz piechoty, trochę samolotów w powietrzu (bo te trudniej zestrzelić na Placu Czerwonym) i masa nerwowych spojrzeń w niebo.
Putin – władca, który boi się własnej parady. Władimir Władimirowicz, ten nieustraszony macho z gołym torsem na koniu, siedział tam jak uczeń na egzaminie poprawkowym. Otoczony weteranami (którzy pewnie szeptali: „Wowo, a gdzie te Iskandery, co je obiecywałeś?”), z miną człowieka, który właśnie odkrył, że Ukraina nie żartuje z dronami. Kreml wprowadził nadzwyczajne środki bezpieczeństwa – sieć komórkowa ograniczona, dziennikarze zagraniczni w większości wyrzuceni (bo „zagrożenie terrorystyczne”, jasne, Der Spiegel to taki typowy ISIS), Plac Czerwony pod siatką. Moskwa przygotowywała się nie na święto, tylko na oblężenie.
Panika level expert. Rosja poprosiła nawet o trzydniowe zawieszenie broni (dzięki Trumpowi), a Zełenski великодушно wydał dekret: „Dobra, możecie sobie paradować, nie będziemy wam psuć imprezy”. To jest ten moment, kiedy „zwycięzca” musi prosić wroga o pozwolenie na świętowanie własnego zwycięstwa. Komedia gatunku tragicznego. Putin dosłownie błagał o rozejm, żeby jego parada nie zamieniła się w reality show pod tytułem Drony nad Czerwonym Placem.
Skromna impreza dla najbliższych
Lista gości? Krótsza niż kolejka do toalety na dworcu w godzinach szczytu. Kilku pajaców z byłych republik, Laos, Malezja, Białoruś . Puste krzesła krzyczały głośniej niż jakakolwiek orkiestra dęta. Zamiast „potęgi nuklearnej” – kolumny żołnierzy maszerujących w tempie „tylko nie dajcie drona”. Propaganda rosyjska oczywiście ogłasza to „wielkim sukcesem”, ale nawet ich własne media musiały przyznać: krócej, skromniej, bez tego blasku.
Polskie media ( SE, RMF, Defence24 i reszta) nie zostawiły suchej nitki: „Kompromitacja”, „pokaz nerwów i chaosu”, „symbol słabości”, „pogrzeb zamiast parady”. Światowa prasa (CNN, NYT, Guardian, WaPo) w tym samym tonie: scaled-down, sober, fearful, paranoid.
Putin mówi o „zwycięstwie, które zawsze będzie nasze”, a w tle słychać ciche pytanie: „to dlaczego boisz się pokazać czołgi, Wowa?”. Bo te czołgi albo są na dnie jakiegoś ukraińskiego pola, albo w remoncie, albo po prostu... no wiecie. Aktualna sytuacja operacyjna.
Ironiczny majstersztyk Kremla
To nie była parada zwycięstwa. To była parada strachu Strachu przed dronem, który może przylecieć znienacka, strachu przed tym, że Rosjanie na ulicy zaczną zadawać niewygodne pytania, strachu przed tym, że cały ten teatr potęgi pęka w szwach po ponad czterech latach „trzydniowej operacji specjalnej”.
Putin, który kiedyś paradował z rakietami jak z nowymi zabawkami, teraz siedzi i modli się, żeby Ukraińcy dotrzymali słowa i nie popsuli mu zdjęć.Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że Kreml sam sobie strzelił w stopę. Chciał pokazać siłę – pokazał bezsilność. Chciał świętować wielkość – wyszła kabaretowa miniaturka. Chciał przestraszyć świat – świat się uśmiał (i współczuł tym nielicznym Rosjanom, którzy jeszcze wierzą).
Reasumując, towarzysze radzieccy: Dzisiejsza parada to nie była rocznica zwycięstwa nad nazizmem. To rocznica tego, jak jeden człowiek i jego reżim boją się nawet własnej symboliki. Brawo, Wowa. Z taką armią i takim morale to rzeczywiście „zwycięstwo jest nieuniknione”. Tylko pytanie – czyje i kiedy?
Świętujcie dalej.
Tylko następnym razem rozważcie paradę w piwnicy. Tam bezpieczniej. I bardziej pasuje do nastroju.
ps.
"Pogratulowała" matce zaginionego żołnierza
Na nagraniu udostępnionym na Telegramie dziennikarka pyta kobietę, dlaczego udział w obchodach Dnia Zwycięstwa jest dla niej ważny. Uczestniczka "Nieśmiertelnego Pułku" trzymała w rękach dwa portrety: weterana wielkiej wojny ojczyźnianej i mężczyzny ubranego we współczesny rosyjski mundur.
Kobieta odpowiedziała, że czuję się zobowiązana, by co roku brać udział w marszu. Wskazała na portret młodego mężczyzny, dodając:
- To mój syn, zaginął bez śladu.
Na co dziennikarka odpowiedziała:
- A więc dziś masz podwójne święto!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)