I właśnie dlatego coraz uważniej przyglądam się temu, co Karol Nawrocki powiedział podczas pierwszej rocznicy swojej prezydentury. Nie chodzi mi nawet o konkretne nazwiska ani o to, czy ktoś bardziej lubi Morawieckiego, Kaczyńskiego, Czarnka, Bosaka czy Mentzena. Chodzi o konstrukcję.
Jeżeli potraktować poważnie zapowiedź prezydenckiej strategii rozwoju, kilkanaście prezydenckich rad skupiających setki ekspertów oraz deklarację otwarcia na różne środowiska polityczne, to pojawia się możliwość, której polska prawica właściwie nigdy nie potrafiła wykorzystać. Prezydent nie musi być przywódcą jednej partii, żeby stać się punktem odniesienia dla całego obozu politycznego. Być może właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część tej historii.
Nie kolejny lider partyjny.
Polska polityka przez ostatnie kilkanaście lat była zdominowana przez logikę partyjną. Najpierw trzeba było zdobyć władzę. Potem trzeba było utrzymać partię. Następnie trzeba było pilnować własnej frakcji a na końcu - przede wszystkim nie dopuścić, żeby ktoś wewnątrz obozu urósł na tyle, by zagrozić liderowi. To działa przez pewien czas, ale ma jedną zasadniczą wadę.
Partia zaczyna żyć sama dla siebie.
Zamiast pytać: „co jest najlepsze dla państwa?”, zaczyna pytać: „co jest najlepsze dla partii?”. Zamiast szukać nowych ludzi, pilnuje starych. Zamiast poszerzać elektorat, mobilizuje własny. Zamiast przygotowywać się do przyszłego rządzenia, rozlicza przeciwnika z obecnego. I właśnie w tym miejscu pojawia się problem, o którym pisałem wcześniej. Prawica może mieć dziesiątki argumentów przeciwko Donaldowi Tuskowi. Może wskazywać afery, błędy, zaniechania i decyzje, z którymi się nie zgadza. Tylko że sama krytyka przeciwnika nie jest jeszcze programem rządzenia państwem a wyborca, który ma oddać komuś władzę na kolejne cztery lata, wcześniej czy później zapyta: „Dobrze. A co wy zrobicie?” I właśnie tutaj prezydencka inicjatywa może okazać się interesująca.
Prezydent jako zwornik, nie właściciel prawicy.
Nie wyobrażam sobie dobrego modelu, w którym Karol Nawrocki staje się po prostu kolejnym przywódcą partyjnym. To byłby powrót do tego samego mechanizmu, który doprowadził prawicę do obecnego położenia. Znacznie ciekawszy jest model odwrotny. Prezydent pozostaje ponadpartyjny, ale jednocześnie wyznacza pewne strategiczne kierunki państwa i tworzy przestrzeń, w której różne środowiska mogą próbować się porozumieć. To właśnie dlatego tak interesująco brzmią informacje o prezydenckiej strategii rozwoju. Jeżeli setki ludzi z różnych dziedzin rzeczywiście pracują nad rozwiązaniami dotyczącymi przyszłości Polski, to mamy coś, czego w polskiej polityce od początku brakowało: pracę przed wyborami, a nie dopiero po wyborach. Najpierw powinien powstać pomysł na państwo. Dopiero później powinien pojawić się spór o to, kto będzie ten pomysł realizował. Nie odwrotnie.
I tutaj zaczyna się miejsce dla Morawieckiego.
Właśnie dlatego nie widzę sensu w przedstawianiu Nawrockiego i Mateusza Morawieckiego jako dwóch konkurencyjnych ośrodków. To jest moim zdaniem zbyt płytkie odczytanie sytuacji. Prezydent ma inne zadanie niż były premier. Nawrocki nie musi pisać programu gospodarczego od pierwszej do ostatniej strony. Morawiecki nie musi być prezydentem, żeby taki program współtworzyć. Jeden może być politycznym zwornikiem, drugi - jednym z ludzi zdolnych do budowania zaplecza programowego i wykonawczego. I właśnie dlatego określenie „dwa płuca” może być całkiem trafne - pod jednym warunkiem. Nie chodzi o dwa konkurujące ze sobą płuca. Chodzi o dwa różne elementy jednego organizmu. Prezydent może dawać kierunek i mandat do rozmowy. Ludzie posiadający doświadczenie rządowe, gospodarcze, eksperckie i międzynarodowe mogą przygotowywać rozwiązania. Inni politycy mogą wnosić własne środowiska. Jeszcze inni mogą odpowiadać za mobilizację społeczną a wszystko to nie musi oznaczać powrotu do jednej wielkiej partii, która wszystkim zarządza.
Interia pokazała coś bardzo ciekawego.
Zainteresował mnie opisany przez Interię scenariusz, według którego Nawrocki może próbować odegrać znacznie większą rolę w procesie tworzenia przyszłej większości parlamentarnej. Nie traktowałbym oczywiście dosłownie określenia „nadpremier”. Prezydent nie jest premierem i nie może po prostu przejąć kompetencji Rady Ministrów ale politycznie sytuacja może wyglądać zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie, że po wyborach prawica nie będzie jednym organizmem. Będzie kilka ugrupowań. PiS, Konfederacja, być może nowe środowiska, być może ludzie skupieni wokół Morawieckiego albo jeszcze inni. Każdy będzie miał własne ambicje. Każdy będzie chciał mieć premiera. Każdy będzie chciał dostać swoje ministerstwa. Każdy będzie chciał mieć wpływ. I właśnie wtedy pojawia się pytanie: kto może usiąść z nimi wszystkimi przy jednym stole? Prezydent. Nie dlatego, że może im rozkazać, tylko dlatego, że jego mandat pochodzi z innego źródła niż mandat partyjny.
To może być największa przewaga Nawrockiego.
Polska prawica ma dzisiaj fundamentalny problem. Nie brakuje jej ludzi. Nie brakuje jej partii. Nie brakuje jej wyborców. Nie brakuje jej nawet tematów. Brakuje jej natomiast zdolności do współpracy. I to jest problem znacznie poważniejszy niż różnice programowe. bo różnice programowe można negocjować. Z egoizmem politycznym jest znacznie trudniej.
Jeżeli więc Nawrocki rzeczywiście będzie próbował stworzyć przestrzeń dla rozmowy między różnymi środowiskami prawicy i centroprawicy, to może wykonać pracę, której żadna partia samodzielnie wykonać nie potrafi. I właśnie dlatego niepokoi mnie trochę pomysł, żeby z góry sprowadzać jego rolę do „kolejnego PiS-u”. Być może jest dokładnie odwrotnie. Być może prezydentura Nawrockiego jest pierwszą od dawna szansą na to, żeby prawica przestała być wyłącznie PiS-em.
Najważniejsze będzie jednak coś jeszcze.
Nie można budować tego projektu wyłącznie przeciwko Tuskowi. To byłby podstawowy błąd. Jeżeli przyszła prawica ma powiedzieć wyborcom: „Zagłosujcie na nas, bo oni są źli”, to niewiele się zmieni. Musi powiedzieć: „Zagłosujcie na nas, bo mamy lepszy pomysł na Polskę”. I tutaj wracamy do Morawieckiego. Nie dlatego, że Morawiecki jest jedynym człowiekiem zdolnym do stworzenia takiego programu. Nie jest. Jeżeli ktoś inny przygotuje lepszy program - świetnie. Jeżeli Czarnek, Bosak, ktoś z Konfederacji, ktoś z zaplecza prezydenta czy zupełnie nowy człowiek przedstawi lepsze rozwiązania - jeszcze lepiej. O to przecież powinno chodzić. Nie o to, kto jest właścicielem prawicy, tylko o to, kto potrafi najlepiej przygotować Polskę do następnych dwudziestu lat.
Polska potrzebuje dziś czegoś większego niż kolejnej wojny.
Potrzebujemy energii. Potrzebujemy inwestycji. Potrzebujemy technologii. Potrzebujemy przemysłu. Potrzebujemy silnej armii. Potrzebujemy dobrej edukacji. Potrzebujemy sprawnego państwa. Potrzebujemy przedsiębiorców, naukowców i ludzi zdolnych konkurować na światowych rynkach. Potrzebujemy również polityków, którzy potrafią ze sobą rozmawiać, nawet jeśli się nie lubią. I przede wszystkim potrzebujemy społeczeństwa, które zacznie wymagać od polityków czegoś więcej niż kolejnego widowiska. To właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie idea prezydenckiej strategii rozwoju. Nie dlatego, że już wiemy, czy będzie sukcesem. Jeszcze tego nie wiemy, ale dlatego, że wreszcie pojawia się próba rozmowy o Polsce po wyborach, a nie tylko o wyborach. I to jest ogromna różnica.
Największe ryzyko? Ambicje.
Tu jednak trzeba zgodzić się z Piotrem Witwickim z Interii. Najtrudniejszym elementem całej układanki nie będzie program. Nie będą nim nawet pieniądze. Nie będzie nim technologia. Najtrudniejsi będą ludzie, bo jeśli po wyborach każdy lider powie: „Ja mam być premierem”, „Ja mam być liderem”, „Moje środowisko ma dostać najwięcej”, „Bez nas się nie da”, to cały projekt może rozpaść się w ciągu kilku dni. I właśnie dlatego potrzebny jest ktoś, kto będzie potrafił powiedzieć:
„Panowie, najpierw Polska. Potem wasze ambicje.”
Jeżeli Nawrocki potrafiłby odegrać taką rolę, jego prezydentura mogłaby mieć znaczenie znacznie większe niż samo wykonywanie konstytucyjnych kompetencji. Nie chodziłoby o rządzenie zamiast premiera. Chodziłoby o tworzenie warunków, w których premier i większość parlamentarna mogliby rzeczywiście rządzić według uzgodnionej strategii.
I wtedy „dwa płuca” zaczynają mieć sens.
Dlatego coraz mniej interesuje mnie pytanie: Morawiecki czy Nawrocki? Uważam je za błędne. Ciekawsze jest: Nawrocki i Morawiecki - czy potrafią wykorzystać swoje różne kompetencje dla jednego celu? Prezydent ma mandat społeczny i konstytucyjną pozycję. Morawiecki ma doświadczenie premiera, znajomość gospodarki, finansów, administracji i polityki międzynarodowej. Jeden nie powinien zastępować drugiego. Jeden może uzupełniać drugiego. Jednak równie dobrze Morawieckiego mogą uzupełniać inni. Jeśli prezydencka strategia rozwoju ma mieć sens, nie może być strategią jednego człowieka. Powinna być strategią państwa.
Być może właśnie tego najbardziej potrzebuje polska prawica.
Nie kolejnego wodza. Nie kolejnej wojny frakcyjnej. Nie kolejnego rozłamu. Nie kolejnego kongresu, na którym wszyscy zapewnią, że poprzednie błędy nie były błędami. Potrzebuje zespołu ludzi, którzy potrafią powiedzieć, jak ma wyglądać Polska za 10, 15 i 20 lat. Potrzebuje ludzi, którzy nie boją się odpowiedzialności. I potrzebuje wyborcy, który przestanie pytać wyłącznie: „Kogo najbardziej nie lubisz?” a zacznie pytać: „Co konkretnie zrobisz dla mojego kraju?”
Jeżeli Karol Nawrocki rzeczywiście chce zbudować wokół prezydentury przestrzeń dla takiej rozmowy, to uważam, że warto mu kibicować. Nie bezkrytycznie. Nie na zasadzie kultu jednostki. Nie dlatego, że wszystko, co zrobi, będzie dobre, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna pojawia się możliwość połączenia kilku rzeczy, których prawica dotąd nie potrafiła połączyć: mandatu społecznego prezydenta, doświadczenia ludzi po byłym rządzie, zaplecza eksperckiego, różnych środowisk politycznych i - przede wszystkim - konkretnego planu rozwoju Polski. I być może właśnie wtedy okaże się, że najważniejsze pytanie polskiej prawicy nie brzmi: „Kto zastąpi Kaczyńskiego?” Tylko: „Kto potrafi zbudować Polskę, która będzie większa od swoich partyjnych liderów?”
Jeżeli Nawrocki stworzy do tego przestrzeń, Morawiecki wniesie doświadczenie, inni politycy dołożą własne pomysły, a eksperci wykonają swoją pracę - wtedy rzeczywiście może powstać coś nowego. Nie nowa wersja PiS. Nie kolejna partia. Nie kolejny personalny projekt. Tylko prawica zdolna wreszcie nie tylko wygrać wybory, ale również wygrać przyszłość.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)