Znamy już program Tuska na wybory: to będzie walka z „brunatnymi” metodami „czerwonych”, mających łapska unurzane we krwi
To, że Adam Michnik jest już dość daleko od wpływu na „Gazetę Wyborczą” (podobnie jak jego podróbka Jarosław Kurski), nie oznacza, że ona znormalniała. Bywa wręcz przeciwnie. Tam, podobnie jak w przedwojennych i tuż powojennych komunistycznych rodzinach, następuje dziedziczenie szajby, czyli opętania i misji jednocześnie. Chodzi o walkę z produktami zaczadzonych umysłów bojowników, czyli - z różnym rozkładem akcentów w różnym czasie – faszyzmem, brunatnymi, ksenofobami, antysemitami. I od pewnego czasu z „wrogami Unii Europejskiej” (zamiennie Europy) oraz „rusofilami”. I ten program ma też być programem Donalda Tusk na wybory w 2027 r.
Walka z „rusofilami” dotyczy obecnie najczęściej tych samych postaci, które paliły znicze na mogiłach sowieckich (ruskich) „wyzwolicieli” z 1944 i 1945 r. czy chciały stawiać pomniki „zwykłym” bolszewickim żołnierzom z 1920 r. Czyli najbardziej tępi sowieccy i ruscy użyteczni idioci, a często zwykli agenci teraz decydują o tym, kto jest „ruski” i „putinowski”. Nieprzypadkowo to są te same typy, które przed 9 maja 2010 r. wzywały, by na cmentarzach sowieckich żołnierzy w Polsce zapłonęły znicze i znalazły się kwiaty. To miała być forma wdzięczności za „wyrazy solidarności, jakie Polacy otrzymali od Rosjan po katastrofie pod Smoleńskiem”. Czyli najpierw cię zabiją, a potem zademonstrują solidarność. Większą aberrację trudno sobie wyobrazić.
„Ruskie” i „putinowskie” naklejki rozdzieliła 15 sierpnia 2026 r. Michnikowa Dolly – Agnieszka Kublik, wieszcząc koalicję „antybrunatnych”. Ale inspirował ją premier Donald Tusk, pierwszy antyfaszysta i antybrunatny. 15 sierpnia w Gdyni Tusk rozdzielał razy: „Znacie te partie, tych polityków, którzy chcą Polsce i Polakom wmówić, że naszym problemem jest Europa, że naszym wrogiem jest Ukraina. Jakoś zapominają o Rosji, o naszym sąsiedzie, który toczy wojnę w Ukrainie (...). Nie możemy pozwolić na to, aby zdrada, głupota, brudne interesy osłabiały naszą obronność i bezpieczeństwo (…) Blokowanie wydatków na zbrojenia, blokowanie wielkiego projektu SAFE, 180 miliardów złotych dla wojska dla Policji, dla Straży Granicznej, dla polskiego przemysłu zbrojeniowego. Próba podzielenia Polski z najbliższymi sąsiadami, sojusznikami. Znacie te siły, te partie polityczne tych polityków, którzy chcą wmówić Polsce i Polakom, że naszym głównym problemem jest Europa. Że naszym wrogiem jest Ukraina. Że Unia Europejska jest niepotrzebna, a Niemiec jest największym wrogiem”.
Donald Tusk, zapewne z wrodzonej skromności, nie wspomniał, że nie było po 1989 r. premiera Polski, łącznie z postkomunistami, który by tak gorliwie, jak on właził „ruskim” i Putinowi tam, gdzie Słońce nie dociera. To Tusk wyraził oficjalną zgodę na podjęcie współpracy przez polską Służbę Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) z Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB), haniebnie otwierając polskie służby na infiltrację ze strony wrogiego państwa.
To Tusk podczas wizyty w lutym 2008 r. w Moskwie zadeklarował Putinowi, iż Polska nie chce być „ideologicznym jastrzębiem” w relacjach z Rosją i zamierza prowadzić pragmatyczny dialog, czyli de facto upewnił władcę z Kremla, że w stosunku do Polski może robić, co chce. To Tusk dał zielone światło dla negocjacji kontraktu gazowego z Rosją, który miał uzależnić Polskę od rosyjskiego gazu aż do 2037 r. I rezygnowano wówczas z dywersyfikacji, np. opóźniając projekty Baltic Pipe czy gazoportu, aby przypodobać się Moskwie.
To Tusk w exposé z 23 listopada 2007 r. zapowiedział, że Polska chce prowadzić dialog z Rosją „taką, jaką ona jest”, co stanowiło fundament dla „resetu” i wieloletniej defensywy wobec agresywnego sąsiada. To Tusk podjął walkę z „rusofobią”, a w efekcie każda próba twardego recenzowania działań Moskwy, krytyka śledztwa smoleńskiego prowadzonego przez Rosjan czy ostrzeżenia przed imperializmem Putina były przez niego i innych polityków obozu rządzącego oraz sprzyjające im media etykietowane jako „rusofobia” i „szkodliwe machanie szabelką”. Zaraz docenili to w Moskwie, chwaląc Donalda Tuska, który „w przeciwieństwie do Lecha Kaczyńskiego eliminuje przeszkody po rusofobach i dąży do normalizacji stosunków”.
To Tusk już pod koniec 2007 r. wycofał polskie weto wobec rozpoczęcia negocjacji o nowej umowie o partnerstwie między Unią Europejską a Rosją. To Tusk odblokował proces wstępowania Rosji do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), co było darmowym i jednostronnym ustępstwem geostrategicznym, za które Polska nie otrzymała nic w zamian. To Tusk intencjonalne osłabiał pozycję prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który dążył do twardego oporu wobec rosyjskiego imperializmu. Podczas agresji Rosji na Gruzję w 2008 r. rząd Tuska dystansował się od jednoznacznie antyrosyjskich działań prezydenta, starając się wpisać w ugodową politykę Niemiec i Francji.
To Tusk po katastrofie smoleńskiej w 2010 r. podjął natychmiastową decyzję o badaniu katastrofy na podstawie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej (dotyczącej lotnictwa cywilnego, a nie wojskowego), w ten sposób oddając pełną kontrolę nad wrakiem, czarnymi skrzynkami i całym śledztwem w ręce rosyjskiego MAK-u i Władimira Putina. Tusk, jak polityczne niemowlę, argumentował, że Polska, pozostając w permanentnym konflikcie z Moskwą, traci wpływ na politykę wschodnią UE i jest postrzegana w Brukseli jako państwo „rusofobiczne”. Uznał więc, że ma obowiązek nawiązania dialogu z Putinem, co rosyjskiemu satrapie dało wolną rękę i do legitymizowało.
To Tusk zdecydował o wprowadzeniu w 2012 r. małego ruchu granicznego z Obwodem Królewieckim, tłumacząc to jak pierwszy naiwny, że w ten sposób pobudzi ekonomicznie północną Polskę oraz zachęci Rosjan do proeuropejskiego nastawienia. Realnie ten krok był wyrazem uległości wobec Moskwy i sprowadzeniem na Polskę zagrożenia bezpieczeństwa, ułatwiając działalność rosyjskich służb, przestępców, przemytników i każdego, kto miał wobec Polski złe intencje.
To Tusk uznał, że nie istnieje już zagrożenie militarne ze strony Rosji i podjął decyzję o „rozbrojeniu” ściany wschodniej. Nastąpiła likwidacja ponad 600 jednostek organizacyjnych, w tym kluczowych punktów na wschodzie. To doprowadziło do powstania tzw. doktryny obrony na linii Wisły, a oznaczało polityczne i militarne skazanie mieszkańców wschodniej Polski na okupację i terror w wypadku rosyjskiej agresji.
Jak już jest jasność, jakim to bojownikiem z Rosją i Putinem jest Donald Tusk, można zrozumieć jego wezwanie adresowane do „wszystkich polityków”, którzy „często najgłośniej krzyczą ‘Polska’, wznoszą ramiona do Pana Boga, powołują się na honor”. A potem poszło już łatwo: „tak jak w przeszłości, właśnie oni najczęściej doprowadzają do poważnych problemów, a czasami do porażek. Niektórzy kończą gdzieś na Białorusi albo na Naddniestrzu, ale my musimy skończyć z tą złą polityką niektórych polityków i partii”. Znowu z powodu skromności Tusk nie wskazał na siebie jako głównego rusofila.
Michnikowa Dolly – Agnieszka Kublik zaraz uogólniła, że „premier Tusk zarysował fundamentalny podział, wokół którego będzie toczyć się kampania przed przyszłorocznymi wyborami”. I wątpiącym dopowiedziała, że „o prezydencie Nawrockim było więc to przemówienie, ale i o prezesie Jarosławie Kaczyńskim, o Marcinie Romanowskim (jest w Naddniestrzu), Tomaszu Szmydcie (jest na Białorusi), byłych, wysokich urzędnikach w państwie Kaczyńskiego, którzy uciekli z Polski pod parasol Putina, wreszcie o Grzegorzu Braunie, jawnie proputinowskim, antyeuropejskim, antysemickim”. W rzeczywistości przemówienie było o tym, co Donald Tusk chce wyprzeć, przerzucić na innych, zachachmęcić, zakłamać, żeby przykryć swój niepodważalny status pierwszego rusofila.
Kublik obwieściła też, że „Nawrocki przyjął na siebie zlepianie tego brunatnego towarzystwa. (…) To jasna deklaracja dla wszystkich: nie będę prezydentem wszystkich Polaków, bo nie chcę nim być”. Jakżeby inaczej, skoro „nie o konserwatystów czy o prawicę tu chodzi – to obóz walczący z europejskimi wartościami, jak demokracja, wolne wybory, tolerancja, otwartość, praworządność”. Na szczęście antybrunatny Tusk „przygotowuje się do boju z nimi”. Dolly Kublik tylko go pogania i radzi „nie czekać, aż się ‘zbiorą do kupy’. Pojedynczo też są groźni. Dla Tuska i dla nas wszystkich, dla demokratów. Dla Polski”.
Szajbnięci „demokraci” otwarcie zapowiadają represje, prześladowania i odwet wobec tych wszystkich, których tym razem uznają za „brunatnych”. To jest ich misja, to będzie „program” na wybory parlamentarne w 2027 r. Nie dopowiadają, że muszą przejąć Trybunał Konstytucyjny, żeby „brunatnych” zdelegalizować. A potem będzie ich można wsadzić do więzień po pokazowych procesach. Bo z wydumanymi „brunatnymi” walczą „czerwoni”, a ten kolor oznacza nie sztandary, tylko łapska unurzane we krwi. Jak za dawnych dobrych, bolszewickich czasów.
https://wpolityce.pl/publicystyka/znamy-juz-program-tuska-na-wybory,232946



Komentarze
Pokaż komentarze (3)