
I Serbia – z całą swoją charakterystyczną delikatnością – postanowiła pożegnać go jak bohatera. A potem, pod falą oburzenia, trochę się wycofała. Bo jak to zwykle bywa z ludobójcami: najpierw flaga, salut i rządowy samolot, a dopiero później „oj, może jednak bez państwowych honorów”.
Przypomnijmy krótko, kim był ten „generał”. Latem 1995 roku w Srebrenicy jego oddziały systematycznie zamordowały około ośmiu tysięcy bośniackich mężczyzn i chłopców. To nie była jakaś „operacja wojskowa” – to było ludobójstwo, potwierdzone wyrokami. Do tego oblężenie Sarajewa, terroryzowanie cywilów, przymusowe wysiedlenia, branie żołnierzy ONZ za zakładników.
Trybunał w 2017 roku nie miał wątpliwości. Apelacja w 2021 roku też nie. Mladić spędził ostatnie lata w więzieniu w Hadze, gdzie 27 sierpnia 2026 r. zmarł w wieku 84 lat.I wtedy Belgrad ruszył do akcji. Ciało sprowadzono rządowym samolotem. Trumnę przykryto flagami Serbii i Republiki Serbskiej. Powitano ją z wojskowymi honorami. Żołnierze nieśli trumnę, policja eskortowała.
Jakby wracał jakiś wielki zwycięzca, a nie skazany ludobójca. Syn Darko wzywał Serbów do „godnego pożegnania”. Minister sprawiedliwości początkowo obiecywał najwyższe honory państwowe i wojskowe – bo przecież „Mladić był generałem i protokoły się zna”.Reakcja regionu była natychmiastowa i dosadna. Chorwacki minister spraw zagranicznych Gordan Grlić Radman mówił wprost o gloryfikowaniu zbrodniarza wojennego, która podważa stabilność Bałkanów. Słoweński odpowiednik dodawał, że takie eksponowanie nie buduje zrozumienia.
Chorwacki minister obrony stwierdził, że Unia Europejska i NATO mogą wreszcie zobaczyć „prawdziwe oblicze” Aleksandra Vučicia i serbskiej polityki. Komisarz UE do spraw rozszerzenia ostrzegała, że gloryfikacja jest nie do pogodzenia z wartościami europejskimi. Chorwacki premier miał powiedzieć jeszcze ostrzej: państwowy pogrzeb Mladicia zamknąłby Serbii drzwi do Unii.I wtedy Serbia zrobiła ten słynny „krok w tył”.
Pogrzeb (planowany na poniedziałek na cmentarzu Topčider, obok grobu córki Any, która popełniła samobójstwo w 1994 r.) odbędzie się już bez salw armatnich, bez uroczystej obecności wojska, bez najwyższych władz – bez Vučicia, bez premiera, bez marszałka parlamentu. Nie będzie pochówku w Alei Wielkich ani w Alei Wybitnych Obywateli.
Sobotnia uroczystość w Domu Armii też miała charakter niepaństwowy – organizowało ją stowarzyszenie emerytowanych generałów.
Pięknie.
Najpierw rządowy samolot, flaga i wojskowe honory przy powitaniu trumny, a potem – pod presją – „no dobra, to już bez salw i bez prezydenta”. Taki kompromis w stylu: „ludobójcę pożegnamy godnie, ale dyskretniej”. Jakby dało się jakoś elegancko pochować człowieka odpowiedzialnego za masakrę tysięcy ludzi i jednocześnie zachować twarz przed Brukselą.
To wszystko pokazuje, jak głęboko w niektórych kręgach wciąż żyje mit „generała-obrońcy”. Dla części Serbów Mladić pozostaje bohaterem. Dla reszty świata – i dla ofiar Srebrenicy – pozostaje tym, kim był: skazanym ludobójcą.
Serbia ugięła się właśnie na tyle, żeby nie zamknąć sobie całkowicie europejskiej perspektywy.
Krok w tył?
Raczej krok w bok – wystarczająco duży, żeby zaspokoić nacjonalistyczne sentymenty, i wystarczająco mały, żeby nie dostać oficjalnej burzy z Brukseli i reszty świata. Pogrzeb bez honorów. Jakie to wygodne. Jakby dało się odjąć wojskowe salwy i nagle zmniejszyć ciężar wyroku za ludobójstwo. Historia jednak pamięta lepiej niż protokoły.
A Srebrenica nie znika tylko dlatego, że ktoś zdjął flagę z trumny i odwołał salwy.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)