Istnieje
Widzisz ją gołym okiem: po jednej stronie zamknięte osiedla z ochroną, prywatne szkoły, jachty, konta w rajach podatkowych i „doradcy”, którzy nigdy nie stali przy taśmie. Po drugiej – kolejki do lekarza, kredyty na życie, praca na trzy etaty i coraz częstsze pytanie „do pierwszego jeszcze daleko?”.
W 1989 roku wszyscy startowali z mniej więcej tego samego poziomu. „Czy się stoi, czy się leży…” – to nie był żart, to był system. Dziś słyszymy, że bogaci „dorobili się ciężką pracą i talentem”, a biedni „nie chcieli pracować”. To kłamstwo tak grube, że aż pęka.
Model transformacji i wszystko, co po nim nastąpiło, stworzył klasę, która nie musiała niczego budować od zera. Wystarczyło być we właściwym miejscu, we właściwej partii, we właściwym lobby, mieć właściwych kumpli w mediach, bankach i urzędach. Dziś ta klasa próżniacza nie nazywa się już tylko Gudzowaty, Kulczyk czy Solorz. Ma nowe twarze, nowe nazwiska, nowe partyjne legitymację. Siedzi w rządach, w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa, w fundacjach, w „niezależnych” mediach, w think-tankach i w korporacjach, które żyją z zamówień publicznych.
Zmieniają się szyldy – od „Solidarności” przez „reformatorów”, „patriotów”, „europejczyków” aż po „koalicję 13 grudnia” – ale mechanizm zostaje ten sam. Władza i kapitał splatają się tak ciasno, że już nie widać, gdzie kończy się interes publiczny, a zaczyna prywatny.Patrzcie na obecnych rządzących i ich otoczenie. Ludzie, którzy jeszcze niedawno opowiadali o „państwie prawa”, „walce z nepotyzmem” i „końcu układów”, dziś obsadzają stanowiska swoimi, zabezpieczają stołki, mnożą doradców, podwyższają sobie i swoim diety, premie i „dodatki”.
Tymczasem zwykły człowiek słyszy, że musi zaciskać pasa, bo „nie ma pieniędzy”. Pieniędzy nie ma na mieszkania, na służbę zdrowia, na realne podwyżki dla nauczycieli i pielęgniarek. Pieniędzy jest za to zawsze na kolejne programy, tarcze, fundusze, konsultingi i „zielone” czy „cyfrowe” projekty, z których ostatecznie i tak najwięcej zostaje u tych samych.Klasa próżniacza nie produkuje. Ona zarządza, dystrybuuje, reguluje, „nadzoruje” i przede wszystkim – inkasuje. Jej dochody nie wynikają z wartości dodanej, którą sama stworzyła. Wynikają z pozycji. Z kontroli nad środkami produkcji, nad przepisami, nad mediami, nad narracją.
Dlatego tak bardzo nie lubi się mówić o klasach. Bo wtedy trzeba by przyznać, że rozpiętość dochodów 1:1000 nie jest efektem „wolnego rynku talentów”, tylko systemowego wyzysku i przywileju.Marks pisał, że istnienie klas prowadzi nieuchronnie do walki.
Dzisiejsi panowie i panie u władzy wolą mówić o „dialogu społecznym”, „wspólnocie” i „odpowiedzialności”. Ale gdy tylko ktoś zaczyna głośno mówić o tym, że bogactwo nie spada z nieba, a bieda nie jest wyłącznie winą jednostek – natychmiast pojawia się oskarżenie o populizm, o „sowiecką mentalność”, o „nienawiść do sukcesu”.Tymczasem sukces tej klasy polega głównie na tym, że potrafi skutecznie ukryć swoje pasożytnictwo pod ładnymi hasłami. Kiedyś było „wolny rynek i demokracja”. Potem „suwerenność i tradycja”.
Dziś „praworządność, klimat i Europa”. Szyldy się zmieniają. Mechanizm zostaje.
Klasa próżniacza zawsze znajdzie sposób, żeby uzasadnić, dlaczego to właśnie ona powinna decydować, a reszta – pracować, płacić i milczeć.I dopóki będziemy udawać, że klas społecznych nie ma, że wszyscy jesteśmy „wolnymi obywatelami na wolnym rynku”, dopóty ta klasa będzie rosła w siłę.
A my nadal będziemy patrzeć przez szybę ich samochodów i zastanawiać się, dlaczego mimo całej naszej pracy wciąż stoi nam w oczach ten sam, dobrze znany dystans.Bo to nie jest dystans talentu. To jest dystans władzy i własności. A władza i własność rzadko kiedy spadają z nieba na tych, którzy naprawdę pracują.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)