19 obserwujących
175 notek
136k odsłon
835 odsłon

Pomiędzy boskością a bolesną przeciętnością

Wykop Skomentuj33

Mam ogromny sentyment do pewnego filmu, będącego jednym z pierwszych blockbusterów o drużynie zebranych z różnych bajek superbohaterów, którzy łączą siły, by pokonać zło. Pamięta ktoś jeszcze „Ligę niezwykłych dżentelmenów”? Nie jest to dzieło wybitne (choć na tle współczesnego wysypu badziewia o odzianych w obcisłe gatki superherosach wypada całkiem nieźle), w mojej pamięci jednak zapisało się z powodu odtwórcy jednej z głównych ról: wspaniałego sir SEANA CONNERY'EGO. Był to jego ostatni film.

image

Nie dociekałam, dlaczego w wieku niespecjalnie jeszcze sędziwym wielki Sean zrezygnował z kariery aktorskiej. Brak satysfakcjonujących propozycji? Choroba? Zmęczenie? Kłopoty w życiu osobistym? Przez jakiś czas żywiłam delikatną nadzieję, że nie porzucił całkowicie pracy zawodowej i skusi się na zagranie choćby małej rólki, ale mijały lata i nic takiego się nie stało. W pewnym momencie dotarło do mnie, że już za późno, że trzeba się cieszyć tym, co stworzył do tej pory. Pomimo żalu stwierdziłam, że mam dla dumnego Szkota sporo szacunku: kierowany zapewne poważnymi pobudkami, zszedł ze sceny będąc jeszcze w całkiem dobrej formie. Wielu jego kolegów po fachu (i nie tylko) woli grać dopóty, dopóki mogą się gdzieś załapać, zamieniając się czasem w parodię samych siebie.

W swoim dawnym blogu nazwałam sir Seana cesarzem srebrnego ekranu, nie był on jednak moim ulubionym aktorem. Jako takiego klasyfikuję śp. Alana Rickmana, który, niestety, starzał się dość brzydko. Connery – wprost przeciwnie; im starszy, tym szlachetniej i dostojniej wyglądał. Najlepsze role zagrał po czterdziestce: w nieco już zapomnianym przeze mnie, lecz majaczącym jako naprawdę dobra rzecz „Człowieku, który chciał być królem” przeistoczył się w białego podróżnika ery kolonialnej, któremu dane było posmakować krótkiego panowania jako król-bóg w egzotycznym kraju; w poruszającym „Odległym lądzie” walczył (niemal całkowicie) samotnie z bandą najemnych zabójców; genialne „Imię róży” zostało przezeń uświetnione równie genialną kreacją dociekliwego i niepokornego franciszkanina, który musi się zmierzyć nie tylko z tajemnicą morderstw w opactwie, ale i religijnym fanatyzmem; jako uroczy Jones senior w „Indianie Jonesie i ostatniej krucjacie” mocno przygasił gwiazdę Harrisona Forda; a wspomniana „Liga...” stanowi całkiem udane pożegnanie z widzami przyzwoitą rolą Allana Quatermaina, bohatera czasów minionych, któremu jednak w pewnym sensie nie wolno umrzeć, gdyż jest gwarantem trwania pewnych wartości.

Oczywiście muszę jeszcze sporo nadrobić, jeśli chodzi o co lepsze filmy z sir Seanem. Drugiego takiego nie ma i nie będzie. Cechowała go zniewalająca męskość, nie mająca nic wspólnego z prymitywną brutalnością współczesnych osiłków. Jednocześnie jego wrodzony majestat, aczkolwiek ujawniony dopiero w późniejszym wieku, predestynował go do ról królów i uczonych. Zarówno on, jak i wspomniany Alan Rickman należeli do grona tzw. aktorów charakterystycznych: nie tyle potrafili wcielić się w każdą postać (w przeciwieństwie choćby do Johnny'ego Deppa czy Seana Penna, zdolnych stworzyć pożądany charakter od zera), ile po prostu pasowali do niej lub nie. Nawet jeśli stawiano ich na drugim planie, nierzadko przyćmiewali odtwórców głównych ról. Stworzone przezeń postacie na stałe zagościły w pamięci ich wielbicieli, podrasowując niemal każdy film, w którym się pojawili. Trzeba też przyznać, że pomimo paru wpadek na ogół rozumnie dobierali oferty, nie chałturzyli, nie szastali swoją twarzą, czasem i talentem.

Skupiłam się na dwóch wyśmienitych aktorach, lecz przecież jest ich znacznie więcej. Niezależnie od tego, czy w życiu prywatnym są skromni, dyskretni i unikający skandali (vide A. Rickman) czy też robią wokół siebie masę szumu, przegrywają z nałogami, a nawet młodo umierają, aktorzy dźwigają na swoich barkach ciężar dziesiątej muzy, bez której nasze życie byłoby – śmiem twierdzić – znacznie uboższe. Użyczają swoich fizjonomii, ciał, czasu, energii, a niekiedy i nerwów, żeby dać nam kilka godzin radości, zadumy lub przynajmniej rozrywki; narażają się na krytykę, nawet jeśli winą należałoby obarczyć kiepski scenariusz; w przypadku co większych sław dochodzi użeranie się z bezwzględną prasą, dementowanie plotek, prostowanie kłamstw, pozywanie za oszczerstwa. Choćby za to powinniśmy cenić tych ludzi, oddzielając jednakże wybitnych artystów od nędznych wyrobników.

A teraz proponuję Państwu obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Spójrzmy na ten zawód z zupełnie innej strony: czy naprawdę zasługuje na aż tak wielki szacunek? Wszak aktorzy, ci władcy naszych serc, wątrób i umysłów, są tak naprawdę jedynie – wzdragam się użyć tego słowa, lecz zaryzykuję – marionetkami mającymi za zadanie ni mniej, ni więcej, tylko na okres iluś dni zdjęciowych przedzierzgnąć się w kogoś innego, wykuć na pamięć ileś stronic tekstu i go ładnie wydeklamować, okraszając odpowiednią mimiką i gestykulacją. Owszem, marionetkami myślącymi, czującymi i posiadającymi władzę nad odgrywaną postacią, niemniej jednak w znacznej mierze podległymi woli reżysera, scenarzysty i producenta. Ktoś mógłby zaprotestować: nikt przecież aktora za sznurki nie pociąga! To od niego samego, od jego kunsztu, profesjonalizmu, zdolności, włożonej pracy, osobowości nawet zależy efekt końcowy. Święta racja. Porządne aktorstwo to ciężka praca. Niemniej aktor jest tylko sługą powstającego dzieła, tak jak jego sługą jest reżyser, kompozytor, kostiumolodzy, a nawet producent. Nie czyni to z nich przedmiotów, ale na pewno odbiera znaczną część podmiotowości. Najważniejszy jest cel, czyli – film. Aktor ma się przeistoczyć w konkretną osobę, żeby zasilić sobą fikcyjny twór, przez co na dany okres czasu wyrzeka się samego siebie. Nawet wielki Sean Connery oraz mój skromny, acz niepowtarzalny Alan Rickman, ze swoimi dominującymi (choć w odmienny sposób) osobowościami byli poddanymi swojej kreacji, mieli jej wiernie służyć i dołożyć wszelkich starań, żeby spełnić oczekiwania swoich tymczasowych pracodawców.

Wykop Skomentuj33
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura