25 obserwujących
283 notki
275k odsłon
  228   0

Sztuko, ach, sztuko, cóżeś ty za pani!


W pewnym momencie człowiek aspirujący do miana rozumnego musi nauczyć się rozróżniać pomiędzy faktem a opinią. Fakty po prostu... istnieją. Przeszłość, umiejscowienie w czasie i przestrzeni, prawa fizyki. Takie tam. Są niewzruszone i nie oczekują od nas niczego. Opinie są z kolei subiektywne i zależne od wdrukowanych w nas wartości, przekonań, stopnia naszej wrażliwości czy nawet nastroju. Fakty są rzeczywistością, opinie – reakcją na rzeczywistość (ewentualnie propozycją, co z tą rzeczywistością zrobić). Wydaje się to banalnie proste; wszak nawet dziecko zrozumie, kiedy słowo „imbecyl” jest stwierdzeniem stanu faktycznego (lub ewidentnym błędem w ocenie czyjejś umysłowości), a kiedy czysto emocjonalną oceną cudzego intelektu. Prawda? Alas, czasami rozróżnienie pomiędzy faktem a opinią okazuje się na tyle trudne, że nie sposób jednoznacznie stwierdzić, gdzie kończy się świat realny, a zaczyna nasze jego subiektywne postrzeganie.

Dotyczy to, przykładowo, wszelkie dyskusji na temat sztuki. Jakiś czas temu napisałam: „Nie oszukujmy się, nasze (statystyczne) gusta bezustannie się pogarszają. Masy ciążą ku coraz większemu prostactwu, bylejakości i zdziecinnieniu.” Czy była to sucha obserwacja (słuszna, częściowo słuszna, całkowicie niesłuszna) czy zaledwie czysto subiektywna opinia, której nie sposób ani udowodnić, ani jej zaprzeczyć? Wychodząc od tego przykrego pytania: czy warto toczyć spory o to, co piękne, a co brzydkie? Co wzniosłe i chwalebne, a co prymitywne i żałosne? Co godne zachowania dla potomnych, a co należałoby spuścić w toalecie i zalać Domestosem? Czy polemiki dotyczące aktualnego poziomu artystycznego filmów i seriali, wartości współczesnej literatury bądź malarstwa, słuszności zachwytów bądź potępienia dla obecnej bohemy artystycznej – mają jakikolwiek sens? A może powinni je prowadzić jedynie krytycy, babrzący się zawodowo w abstrakcji, metaforach i symbolach, i obeznani z arkanami interpretacji najrozmaitszych pojęć? My zaś, ograniczeni przez swoją niewiedzę tudzież niedostateczny zasób słownictwa prostacy, powinniśmy pewnie machnąć na to ręką i przyjąć za niepodważalną zasadę De gustibus non disputandum est. Mam rację?

A jednak mimo naszego braku wyrobienia – a może właśnie z jego powodu – z wielkim upodobaniem dyskutujemy o sztuce, filmach, książkach czy wreszcie samych artystach, oceniając, napominając, polecając i przestrzegając. Bywa, iż w porywach oburzenia na schamienie oraz seksualizację słowa i obrazu wcielamy się w rolę nobliwego mędrca stojącego przed domem uciech i ciskającego gromy tak na łapczywą na kasę burdelmamę, jak i korzystających z lubieżnej rozrywki przechodniów. Chyba w każdej epoce narzeka się na upadek obyczajów, zepsucie prawa i wyuzdanie artystów, którzy bezczelnie łamią przyjętą powszechnie zasadę, iż sztuka ma reprezentować Piękno. Represją jest najczęściej stos ze zniewag, pogardy i odrzucenia. Czasami skuteczny, czasami nie.

Przeciętny człowiek ma przeciętny gust. Nic w tym złego. Przeciętny człowiek reprezentuje większość. A większość ma swoje prawa. Ma prawo oceniać, wyśmiewać, potępiać. Ma prawo się gorszyć golizną, narzekać na zastępowanie dawnych szlachetnych wzorców przez zbydlęconego chama w złotym łańcuchu, porównywać dawnych twórców do dzisiejszych wyrobników. Co prawda podtrzymuję swoją opinię, że w swojej masie ludzie coraz bardziej ciążą ku bylejakości i ogłupieniu, niemniej masa nie osunie się w totalne gówno (tak jak i nie doceni większości arcydzieł). Większość nie jest, rzecz jasna, jednolita i występują w niej tarcia opinii, jednak można ją statystycznie zaspokoić uroczą, niewyszukaną komedyjką, przyzwoitym romansidłem, uwiecznionym na płótnie bukietem kwiatów. Powtarzam: nie ma nic złego w byciu przeciętniakiem. (Ani nic dobrego, szczerze mówiąc.) Większość tworzy obyczaje, język, tradycje, wynosi na piedestał bądź z niego ściąga. Na większości dobrze się zarabia, trzeba tylko uważać, żeby nie wyjść z (dość luźno zresztą zarysowanego) schematu, którego przekroczenie mogłoby grozić finansowym karniakiem.

Jednak poza masą istnieje jeszcze jakaś mniejszość, która również dopomina się o swoje. Część populacji cechuje gust tak prostacki i pornograficzny bądź tak wysublimowany i uwrażliwiony na najczulsze intelektualne i estetyczne bodźce, iż nie sposób go zaspokoić tym, co oferuje standardowa ramówka telewizyjna, główne półki w księgarni czy modne wystawy. Ba! Chodzą wśród nas ludzie, których nie da się tak łatwo zaklasyfikować: ni to wielbiciele zwyrodniałego turpizmu, ni to obdarzeni szóstym zmysłem odkrywcy prawdziwej Sztuki. Nierzadko sami tworzą, a jeśli nawet nie, to darzą estymą twórców depczących tabu, podcierających się dobrym smakiem, plugawiących świętości, byle by to było ukwiecone soczystymi, chwytającymi za serce i jaja, nieskazitelnie dobranymi słowami i/lub obrazami. Ograniczając się tylko do literatury, do takich właśnie koneserów trafia osobliwa twórczość Angeli Carter czy ogłuszonej Noblem Olgi Tokarczuk, gdyż obydwie te panie lubują się w szturmowaniu czytelnika mocnymi środkami wyrazu:

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura