38 obserwujących
410 notek
420k odsłon
  3344   7

Czy pani Tokarczuk jest zerem, elitą czy może kimś pośrednim?


Jakiś czas temu napisałam notkę o zerach, które czują się elitą, gdyż w jakimś względzie przewyższają ogół. Notka była ukierunkowana na krytykę pewnej radnej z PiSu, która z racji grania w golfa uważa się za kogoś lepszego od innych, np. tych, którzy „haratają w (pospolitą – mój dopisek) gałę”. Czy jednak tylko ludzie zamożni mają kompleks wielkości? Okazuje się, że można się pysznić wszystkim, także rzekomą inteligencją. I to właśnie robi nasza najnowsza polska noblistka, pani Tokarczuk: według niej jej książki nie powinny trafiać „pod strzechy”, gdyż nie pisze ona dla idiotów.

Słowa pani T. odbiły się szerokim echem wśród czytelników Salonu. Niektórzy jej bronili, większość jednak oceniła jej wypowiedź negatywnie. I trudno się temu dziwić. Noblistka bardzo niegrzecznie zachowuje się w stosunku do przeciętnego człowieka, który niekoniecznie jest na tyle wyrobiony intelektualnie, żeby czytać z pasją jej dzieła. Czy to, że ktoś dysponuje inną wrażliwością niż pani T., oznacza, że jest idiotą? A może pani T. jest intelektualną snobką, która dzieli ludzi na mądrych i głupich wedle swojego osobistego klucza? Kompleks wyższości raczej nie przysporzy jej fanów, a może nawet zrazić co rozsądniejszych dotychczasowych wielbicieli.

Przyznam, że poglądy pani T. na temat mężczyzn, patriarchatu, płci czy heteronormatywności są mi raczej obce, wręcz głupawe, a już na pewno fanatyczne, trudno mi więc z WŁASNEGO punktu widzenia uznać pisarkę za osobę mądrą i przepełnioną jedynie słuszną wrażliwością. Z pewnością jej twórczość nie trafi do prostaczków, w przeciwieństwie do mnóstwa popularnych autorów, którzy produkują rzeczy łatwo przyswajalne i emocjonujące. Pani T. pisze dla osób o określonym smaku, intelekcie i zdolności odczuwania. Czy to jednak wystarczy, żeby uznać panią T. za elitę? Moim zdaniem – nie. To kolejna zadufana w sobie osoba, która pogardza niewyrobionym pospólstwem i epatuje wyższością. Ma do tego prawo, tak jak każdy ma prawo ją za to osądzić.

Zabawmy się jednak w adwokata diabła. Czy nie ma ODROBINY racji w stwierdzeniu pani T., że jej książki nie są dla idiotów? Przecież to oczywiste, że WIĘKSZOŚĆ jest raczej intelektualnie (i nie tylko) przeciętna, podatna na manipulację, troszkę bezmyślna i zdecydowanie mało skomplikowana. Być może słowo „idiota” jest za mocne, razi pyszałkowatością i sugeruje, że ktoś samego siebie uważa za mędrca. Niemniej trudno nie zgodzić się z pisarką, iż to, co pisze, nie musi ani nie powinno interesować ludzi o niskim IQ czy empatii; takie osoby nie zrozumieją nawet co niektórych słów, nie mówiąc o przekazie płynącym z dzieł pani T. Nie ma co się obrażać na arogancję noblistki, gdyż nawet jeśli ona sama do elity nie należy, to całkiem celnie podsumowuje (potencjalnych) czytelników.

Wróćmy do meritum. W tytule zadałam pytanie, kim owa dama jest: zerem, elitą czy kimś pośrednim. Otóż zerem być nie może, gdyż coś sobą reprezentuje: jakiś poziom bystrości umysłu, koncept, wyobraźnię, wreszcie – czułość na problemy świata. Jednak daleko jej do prawdziwej elity, gdyż epatuje banalnymi sloganikami o roli mężczyzn i kobiet, poddaje się narracji gender i jest mocno schematyczna w swoich osądach. Wydaje mi się, że można by panią Tokarczuk określić jako wieczną aspirantkę do elity, która wyprzedza ogół populacji w zdolności „czucia” i rozumowania, lecz wpada w sidła lewicowej retoryki. Kiedyś pewnie przeczytam jeszcze jakąś jej książkę (na razie dryfuję na poziomie „Przeminęło z wiatrem” M. Mitchell) i wówczas będę mogła mówić, że znam ją jako pisarkę. Na razie poznałam ją jako człowieka. Niedoskonałego, za to mocno zarozumiałego, ale i mającego do tej zarozumiałości podstawy.


Lubię to! Skomentuj162 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura