Trzeba powiedzieć otwarcie, że 1 listopada jest jedynym dniem, który łączy radość, zdrowie, smutek i refleksję. Odwiedzający zmarłych cieszą się, że jeszcze mogą odwiedzić bliskich. Czas i pieniądze nie grają roli, bo impreza jest rodzinna i trzeba się pokazać. Tym bardziej że jest to wydarzenie niepowtarzalne, ponieważ jego uczestnicy podlegają naturalnej selekcji.
Tak skonstruowana grupa dociera na miejsce i tu można już okazać radość, że wszyscy zainteresowani są na miejscu. Jeśli kogoś nie znałeś, teraz masz okazję go poznać, a tych, których znałeś, witasz z radością. Można ładnie powiedzieć, że jest to małe spotkanie rodzinne. Dodam, że odwiedzany absolutnie nie wtrąca się w sprawy związane z imprezą, pozostawiając nam wolną rękę. Zdarzają się jednak wyjątki i taki wyjątek mnie dopadł. W maju Anno Domini 2023 zasnęła moja małżonka i szczerze powiem, że proces umierania jest najbardziej tragiczny w swojej końcowej fazie.
Do ostatniego oddechu przytomna i świadoma, że odwrotu nie będzie, przyjmowała bieg wydarzeń z olbrzymim spokojem. Ja — rozhisteryzowany i kompletnie zdezorientowany, bo zdawałem sobie sprawę, że tragedia się zbliża. Pochówek był tradycyjny. Trumna, sześć uchwytów, 200 cm głębokości i 100 × 200 cm.
Kiedy przeczytałem o kremacji i mieleniu pozostałości, by zmieściły się w słoiku, uznałem, że tradycja jest jedyną opcją, którą mogę zaakceptować. Tym bardziej że wykupione miejsce umożliwia bezpłatne dorzucenie trzech urn. Można powiedzieć, że to jest coś co się zwraca. Pochówek pod drzewkami lub rozsypanie prochów odpadły ze względów logicznych. Może się zdarzyć, że pragnienie odwiedzin jest jeszcze silne, ale demencja uniemożliwia odnalezienie miejsca spoczynku. Możesz wprawdzie próbować zlokalizować je nawoływaniem, ale lokalni mieszkańcy, słysząc twoje darcie, poinformują cię, że najbliższy cmentarz leśny znajduje się dziesięć kilometrów dalej. Lub bliżej, ale tego też możesz nie pojąć.
Po pięciu tygodniach czekania na pochówek doczekałem się dnia, którego lepiej byłoby nigdy nie doczekać. Czerwiec. Upały takie, że patyka w ziemię nie wbijesz. Kto kopał i czym kopał, nie wiem, ale w ostatniej chwili dostałem ofertę zakupu krzyża. Dębowy, wysoki na 150 cm. Tylko 220 euro, więc cena mnie przekonała i decyzja o kupnie zapadła. Do tego momentu wszystko przebiegało z pełną kulturą i poszanowaniem tradycji.
Siedziałem w kaplicy i kiedy usłyszałem stukanie, wiedziałem, że ten zakupiony w ostatnim momencie krzyż jest właśnie mocowany w swoim ostatecznym miejscu.
Potem zostałem sam z widokiem trumny. Niby jeszcze razem, ale jednak 200 cm odstępu. Na moje szczęście zobaczyłem, że krzyż stoi krzywo. Chciałem go poprawić i w tym momencie rozpadł się na trzy części. Zamiast połączyć ramiona na zakładkę, konstruktor wpierdzielił cztery ośmiomilimetrowe dyble, które podczas wbijania pękły. Wszyscy wiedzą, że kto ostatni dotyka, ten jest sprawcą wszystkich wydarzeń, które nastąpią po dotknięciu. Przez łzy rozpaczy usłyszałem:
— W domu nic porządnie i do końca nie zrobiłeś, a teraz przyszedłeś i mój krzyż połamałeś.
Jak taki głos usłyszycie, to proszę nie panikować. Przedstawiłem krótko stan faktyczny, wziąłem krzyż pod pachę i ruszyłem biegiem do bramy, by naprawić go w chacie. Obiecałem, że za trzydzieści minut krzyż będzie naprawiony, więc pośpiech był wskazany. Przed samą bramą wyjściową wyhamowałem, bo wróciła mi zdolność myślenia. Jeśli jakiś osobnik zapierdziela przez cmentarz z połamanym krzyżem, to może być tylko złoczyńcą, który ten krzyż ukradł. Dla obserwatora takiego biegu innego wytłumaczenia nie ma. Na moje szczęście akcja przebiegła bez zakłóceń.
Planuję obramowanie z kamienia naturalnego i dwie wieże z drewna połączone krzyżem. Chcę to zrobić dobrze, bo teraz robię to także dla siebie. Dwa pozostałe miejsca na urny dostaną córki. Jedna córka odpadła, bo chce, żeby jej prochy rozsypano w USA.
Chce się przeprowadzić z Niemiec, więc chyba ten pomysł odpali. Mój zięć, a jej mąż, marzy o wystrzeleniu w kosmos. Ja tam się wpierdzielać w takie sprawy nie zamierzam. Kto chce latać, niech lata.
Dodawać nie muszę, że umarli żyją tak długo, jak długo o nich pamiętamy.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)