Blog
prawda jest prosta
Rafał Broda
Rafał Broda fizyk jądrowy
29 obserwujących 157 notek 267983 odsłony
Rafał Broda, 26 listopada 2018 r.

50 lat temu byłem w górach Fanskich, ale tylko pięć dni

827 15 1 A A A

Miałem równo 24 lata i byłem dwa lata po ukończeniu studiów, gdy zgodziłem się pojechać na roczny staż naukowy do Dubnej, który przedłużył się prawie do trzech lat. Był to chyba najbardziej intensywny i burzliwy czas w moim życiu, który zawsze dobrze wspominam, a liczne grono polskich fizyków, moich rówieśników, wolnych jeszcze od rygorów życia rodzinnego, gwarantowało obfitość różnych atrakcyjnych zdarzeń. Życie prowadziliśmy w schemacie czarno-białym. Ciężka, ale pasjonująca praca naukowa, do której nikt nie musiał nas przynaglać, dopełniona była zabawą i rozrywkami charakterystycznymi dla hulaszczego trybu życia. Mimo tej wyczerpującej aktywności, na czas urlopu nigdy nie planowaliśmy leniwego wypoczynku gdzieś na plażach Morza Czarnego, raczej poszukiwaliśmy możliwości zwiedzenia azjatyckiej części sowieckiego imperium, a zwłaszcza wspaniałych gór gęsto tam rozlokowanych.
W 1968 zaplanowaliśmy wyprawę w góry Fanskie – masyw Pamiro-Ałaju z kilkoma pięcio-tysięcznikami, rozciągnięty pomiędzy Duszanbe – stolicą Tadżykistanu, aż po Samarkandę w Uzbekistanie. Było nas siedmiu (Marek, Michał, Władek, Andrzej, Tadek, Tomek i ja), wszyscy zaprawieni w turystyce górskiej, ale amatorzy, bez żadnych ambicji do wspinaczek na szczyty. Mieliśmy podstawowe wyposażenie - liny, czekany i raki, a ciężkie wówczas namioty, żywność na trzy tygodnie, maszynki benzynowe i wiele innych niezbędnych rzeczy sumowały się na średnią wagę plecaka ok. 35 kg, jak wskazały pomiary na lotnisku Wnukowo w Moskwie przed odlotem do Duszanbe.
W Duszanbe zrobiliśmy ostatnie zakupy (benzyna, owoce) i udało się znaleźć kierowcę ciężarówki, który za rozsądne pieniądze podjął się dowieźć nas do jeziora Iskandyr-Kul (od Aleksandra Wielkiego), z którego okolicy mieliśmy rozpocząć naszą drogę w góry.

image

1. Iskandyr-Kul

Jazda nie była łatwa, ok. 150 km, przez przełęcz Anzob (3379m), ze skalistym zboczem i spadającymi czasem kamieniami z jednej strony, a urwistą przepaścią z drugiej. Pod koniec już nikt nie mógł usiedzieć, obtłuczeni na wpół zwisaliśmy na szkielecie plandeki. Za to nocleg nad jeziorem, gdy pierwszy raz rozbiliśmy namioty, był komfortowy, mimo dokuczliwych rojów komarów.
Nazajutrz kierowca podwiózł nas z powrotem ok. 10 km, gdzie z kiszłaka (tak nazywają się tamtejsze wioski) Nawrat mieliśmy rozpocząć podejście do przełęczy Dżidżik (ok.4000m)

image

2.  Ostatnie spojrzenie na jezioro i wypływającą z niego Iskandyr-Darię. Linia na przeciwległym brzegu pokazuje jak obniżył się poziom lustra jeziora po katastrofalnym dla Duszanbe wcześniejszym trzęsieniu ziemi.

image

3. Na skraju kiszłaku ochłodziliśmy się, a potem zjedliśmy obiad.

image

4. Wkrótce dołączyły do nas miejscowe dzieci, które poczęstowały nas owocami w rodzaju śliwek.

Daliśmy im jakieś drobne monety, ale nie przewidzieliśmy skutku. Dzieci zniknęły, a za chwilę pojawiły się ponownie z kilkoma wiadrami tych śliwek. Musieliśmy wynagrodzić ten zmysł handlowy, ale na dodatkowe owoce już nie mieliśmy miejsca.

image

5. Ruszyliśmy wreszcie w górę zostawiając w dole piękny, zagospodarowany, nawodniony, czysty i przyjazny kiszłak Nawrat.

. Droga była mocno stroma, plecaki ciężkie, a do pokonania blisko 1500m różnicy poziomów. Ale nie dzisiaj, tym bardziej, że dotarliśmy do miejsca wymarzonego na biwak.

image

6. Druga noc była ciepła i mocno gwiaździsta. Rano byliśmy wszyscy dobrze wypoczęci.

image

7. Panorama gór nad przełęczą, która jest niewidoczna, 200m w dół na lewo.

image

8. Pasterze. Nie wiedziałem wtedy jak bardzo mi pomogą.

Przed wyjściem na przełęcz Dżidżik podjąłem się rekonesansu, czy można skrócić drogę i wspiąć się wcześniej na zbocze, by następnie zejść do przełęczy. Podejście było mocno wyczerpujące, ale korzystne, tymczasem koledzy zdecydowali, że pójdą utartą ścieżką dołem, a ja już byłem zbyt wysoko, by do nich się cofać. Na samej górze wyrosły przede mną dwie postacie miejscowych pasterzy, którzy na widok uniesionego aparatu fotograficznego wyprostowali się chętnie pozując do zdjęcia. Przyjaźnie z nimi pogadałem, obejrzałem z zachwytem panoramę gór na zachód od przełęczy i prawie zbiegłem w dół, by na przełęczy czekać około dwóch godzin na kolegów, którzy dopiero stanęli wobec równie stromego podejścia, trudnego do pokonania z tym ciężarem plecaków. Gdy już byliśmy w komplecie, po krótkim odpoczynku zeszliśmy w dół na drugą stronę przełęczy i rozbiliśmy nasz trzeci biwak wśród głazów i w pobliżu krystalicznie czystego potoka.

image

9. Biwak za przełęczą.

Obudziłem się wcześnie rano w naszym trzyosobowym namiocie i zobaczyłem pająka. Widząc, że koledzy też nie śpią, powiedziałem: O, pająk! Będę miał dzisiaj szczęście! Marek zareagował: Nie Rafale! Zobaczyć rano pająka, to nieszczęście. Miało się wkrótce sprawdzić, że racja była po stronie Marka.
Postanowiliśmy zatrzymać się na dwie noce w tym obozie, by wypocząć i zaaklimatyzować się do dalszej drogi. Trzech zmęczonych pozostało w bazie, a Władek, Michał, Andrzej i ja wybraliśmy się, by zbadać możliwość dalszej drogi przez Wschodni Zinach. Bez ciężkich plecaków na grzbietach było nadzwyczaj lekko i szybko wyszliśmy na wysokość 4500m.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

dojrzały i zdecydowany

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @mucha.na.szybie Obawiam się, że moja opowieść o Rosji tamtych czasów mogła by być dość...
  • @okryw Świetne i ciekawe zdjęcia Pan podsunął. Nie jest dla mnie jasne, czy to Pan je...
  • @Trammer - blogerska tłuszcza Tak rzeczywiście było, choć zwykle braliśmy sporo filmów ze...

Tematy w dziale Rozmaitości