Blog
prawda jest prosta
Rafał Broda
Rafał Broda fizyk jądrowy
29 obserwujących 157 notek 267977 odsłon
Rafał Broda, 3 grudnia 2018 r.

Z gór Tadżykistanu przez szpital i średnią Azję, do Gruzji [2]

778 32 1 A A A

Ciąg dalszy wspomnień: https://www.salon24.pl/u/krakow-broda/914184,50-lat-temu-bylem-w-gorach-fanskich-ale-tylko-piec-dni

Pociągnę dalej opowieść z wakacji 1968 roku, gdy po dramatycznym upadku na lodowcu musiałem zakończyć przygodę w górach Fanskich i znalazłem się w szpitalu w Duszanbe.
Zajęli się mną bardzo troskliwie, a później wielokrotnie doświadczyłem, że w dawnym ZSRS im dalej od Moskwy, tym bardziej gościnnie byliśmy przyjmowani. Zapakowali mi nogę w gips, zalecili leżenie, zabronili chodzić i ulokowali mnie w jednoosobowej izbie. Jak się potem okazało, to pani docent, ustąpiła mi swój gabinet. Po kilku dniach, gdy się o tym dowiedziałem, poprosiłem o przeniesienie mnie do izby z innymi chorymi. Moja prośba została natychmiast spełniona, więc gest pani docent uznałem raczej za życzliwość, niż chęć odseparowania obcokrajowca od tubylców. Trochę później żałowałem, że tak szybko znaleźli dla mnie nowe miejsce, bo tam przestały mnie odwiedzać miłe i atrakcyjne dziewczyny - studentki medycyny praktykujące w szpitalu. Byłem tylko trochę starszy od nich, ale spieczony słońcem i brodaty chyba budziłem ich  zainteresowanie opowieściami z gór, z Dubnej i z Polski. Przynosiły mi przepyszne owoce z pobliskiego targu, które ożywczo uzupełniały szpitalne posiłki, tak kiepskie, że ich nawet nie pamiętam. Dziewczyny miały chyba ograniczone zaufanie do mnie, bo nigdy nie przychodziły pojedynczo, ale  siadały na moim łóżku i gorliwie słuchały, choć w opowieściach sączyłem też jawnie kontrrewolucyjny jad.
W nowej izbie szpitalnej było dwóch Tadżyków. Starszy był raczej małomówny, za to młody i sympatyczny chłopak, z szyją usztywnioną kołnierzem gipsowym po fatalnym skoku w wody Iskandyr-Darii, chętnie ze mną rozmawiał. Był też Rosjanin – Dymitrij Fiodorowicz, z nogą na wyciągu, bo samochód, który wjechał w niego na przejściu dla pieszych, połamał mu ją w pięciu miejscach. Ten był szczególnie rozmowny, ale z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że z Tadżykami w ogóle się nie kontaktował. Traktował ich z  lekceważeniem w przekonaniu, że sam należy do rasy panów i tubylcom trzeba to pokazywać. To było ciekawe doświadczenie, bo uświadomiłem sobie , że z tą mentalnością Rosjanie nigdy nie zdołają uformować jednolity typ sowieckiego człowieka, a narody siłą wcielone do imperium przy pierwszej okazji zechcą się wyzwolić. Dymitrij Fiodorowicz był prostym Rosjaninem, raczej wesołym, wręcz rubasznym, ale jego pogarda dla Tadżyków ujawniała się już od samego rana. Budził nas jakiś orientalny śpiew z głośnika, na który niezmiennie reagował słowami: „Apiat iszak pajot”, nie troszcząc się o to, co odczuwają słyszący te słowa Tadżycy. Dlatego starałem się jak najwięcej właśnie z nimi rozmawiać, często nie słuchając jego wtrąceń, gdy mocno chciał zwrócić na siebie uwagę. Był pracownikiem zakładu „Biełomor-Kanał” i skwapliwie częstował mnie tymi strasznymi papierosami. W tych czasach można było palić nawet w izbach szpitalnych, ale palenie machorki w rodzaju „Biełomor-Kanał” wydało mi się grubą przesadą.
Dymitrij Fiodorowicz nie lubił milczeć i rozmawiał często ze swoim kolegą –Nikołajem, który leżał po przeciwnej stronie korytarza, także z nogą na wyciągu, jakby w lustrzanym odbiciu. To były rozmowy, których nie dało się nie słyszeć, a głosy leciały przez otwarte drzwi i korytarz mniej więcej tak:
„Kolia!” - wrzasnął Dymitrij. Po trzech minutach z drugiej strony – „Cziewo Mitia?” Po 5 minutach ciszy: „Kolia, ty znajesz szto takoje Hende hoh?”   Szybka odpowiedź: „Nie znaju”, a po 10 minutach Dymitrij ryczy: „Kolia! Ty durak! Hende hoh znaczit, ruki w wierch”. Po pół godzinie milczenia, znowu głośne: „Kolia!”, z drugiej strony: „Cziewo?” i odpowiedź: „Hende hoh!”. Wreszcie Kolia się zmobilizował i wygarnął: „Mitia, ja słyszał kak wraczi wcziera goworili szto u tiebia nogu otnimut”.
Do jakiegoś czasu było to zabawne, ale dni mijały i zacząłem się zastanawiać, jak wydostać się ze szpitala, by zdążyć na spotkanie z kolegami po zejściu z gór. Problem sam się niespodziewanie rozwiązał. W niedzielę Dymitra Fiodorowicza odwiedziła żona, która przyniosła mu obiad i przemyciła do szpitala butelkę wódki. Zjadł obiad, nalał do pełna szklankę wódki i polecił żonie, by mi ją podała. Wypiłem, ale nie przewidziałem, że kobieta, która na chwilę zniknęła, przyniesie drugą butelkę, by zrekompensować drogiemu mężowi to, czym zechciał się podzielić. Pamiętam, że byliśmy potem bardzo głośni, nawet śpiewaliśmy, aż pojawiła się siostra medyczna, która nakazała nam spokój, bo za chwilę przyjdą „wraczi” na obchód. Dymitrij wyjął spod poduszki inną butelkę z wodą kolońską i obficie mnie skropił: „Sztob wraczi nie poczustwowali”. Lekarze nie byli zbyt długo i niewiele mówili. Rano, gdy się obudziłem, zobaczyłem, że łóżko Dymitra Fiodorowicza jest puste. Po chwili wwieziono go na wózku. Był cały zakuty w gips, ale oczy mu się śmiały, bo okazało się, że po roku pobytu w szpitalu wypisują go do domu. Po godzinie lekarze przyszli do mnie i poinformowali, że w zasadzie mój pobyt w szpitalu nie jest już konieczny. Powinienem jeszcze przez dwa tygodnie nie zdejmować gipsu, ale mogę ostrożnie z nim chodzić. Wręczono mi laskę i poczułem się wolny, nawet jeśli trochę wyrzucony. Przeniosłem się do hotelu, a w następnym dniu poleciałem samolotem do Samarkandy. W tym samym hotelu zatrzymał się dwa tygodnie później jeden z polskich kolegów z Dubnej. Szukając naszych śladów, zapytał recepcjonistki: Czy byli tu jacyś Polacy? Odpowiedziała mu: „Niet, był tolko adin Rudolf z gołubymi głazami”. Dopiero w Dubnej zrozumiał o kogo chodziło, a ja stwierdziłem, że dziewczyny wszędzie są takie same – imienia nie zapamięta, gipsu na nodze też nie, a kolor oczu tak.
W Samarkandzie ulokowałem się w hotelu Registan, ale był taki tłok, że musiałem dzielić pokój z Rosjaninem, z którym w zasadzie nie dało się nawiązać żadnego kontaktu. Zapytałem w recepcji, czy są tutaj jacyś Polacy. „Tolko adno suprużestwo” brzmiała odpowiedź. Wytłumaczyłem więc, że czekam na kolegów, którzy tutaj dotrą z gór i mam nadzieję, że znajdzie się dla nich miejsce w hotelu. Kuśtykając z gipsem na nodze, podpierając się laską zacząłem zaliczać główne zabytki Samarkandy – Registan- plac otoczony medresami, obserwatorium astronomiczne Uług-Beg, mauzoleum Shah-i Zinda (po tej wizycie, automatycznie otrzymuje się prawo do tytułu efendi, bo jest to podobno

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

dojrzały i zdecydowany

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @mucha.na.szybie Obawiam się, że moja opowieść o Rosji tamtych czasów mogła by być dość...
  • @okryw Świetne i ciekawe zdjęcia Pan podsunął. Nie jest dla mnie jasne, czy to Pan je...
  • @Trammer - blogerska tłuszcza Tak rzeczywiście było, choć zwykle braliśmy sporo filmów ze...

Tematy w dziale Rozmaitości