0 obserwujących
20 notek
6613 odsłon
  138   1

Powoli, ale konsekwentnie, czyli come back Trumpa

Wiele osób zastanawiało się, jakie będą dalsze losy byłego (niektórzy uważają, że zgodnie z prawem nadal sprawującego swój urząd) prezydenta Donalda Trumpa. Dywagowano, czy przejdzie na emeryturę, czy jednak będzie walczył dalej. Jego słowa na ostatnich publicznych wystąpieniach teoretycznie nie pozostawiały złudzeń, że walka się nie skończyła. Ale słowa często pozostają tylko słowami, liczą się czyny. Ja też się zastanawiałem, jaka przyszłość czeka Donalda Trumpa. Pytałem – bardziej sam siebie, niż kogokolwiek innego - czy jego drogi i drogi Republikanów rozejdą się? Czy Partia Republikańska skręci w kierunku Trumpa czy on w kierunku „centrum”? Czy Trump powoła do życia nowe ugrupowanie?... Czas pokazał.


Donald Trump nie spieszył się i nie afiszował zbytnio ze swoimi planami na przyszłość. I to było rozsądne. Bo nie ma co działać na oślep, chaotycznie, emocjonalnie. Tym bardziej, kiedy wróg jest silny, przebiegły i nie cofnie się przed niczym – nawet jawnym oszustwem, mataczeniem, insynuacjami, o demagogii nie wspominając, bo to stały punkt programu. Być może były jakieś rozmowy zakulisowe, w których Trump sprawdzał nastroje w swojej partii, a niektórzy Republikanie sondowali zamiary byłego prezydenta. Jednak nie założył nowej partii, co na pewno zraziłoby do niego wielu Republikanów. Dziś już wiemy, że duża ich część nie wyobraża sobie – co wydaje się słuszne – wyrzucenia Trumpa na „śmietnik historii” (jak chcieliby tego tak zwani Demokraci), ale widzą w nim naturalnego lidera swojej partii. To rozsądek podpowiada, że takiego kapitału zaufania społecznego, jaki zgromadził Trump, nie można, a nawet nie wolno zmarnować. A zatem wszystko wskazuje na to, że Partia Republikańska skręci w kierunku Trumpa. Jest jeszcze nadzieja.


Donald Trump nie czekał na miłosierdzie Marka KupaCukru i powołanej przez niego „niezależnej” komisji, która miała ocenić, czy uzasadnione było zawieszenie jego konta na fb po wydarzeniach 6 stycznia (nie używam określeń „szturm”, „atak” na Kapitol, „insurekcja”, „zamieszki”, bo ten, kto ma oczy, widział dokładnie, jak to było), i uruchomił swoją stronę internetową: „From the Desk of Donald J. Trump” (czyli: „Z biurka Donalda Trumpa”). Sam nie może pisać na Fejsboogu czy Twitterze, ale jego wpisy można swobodnie udostępniać w tych portalach (dopóki spece od „wolności słowa” wśród postępowców nie wymyślą czegoś, żeby go zablokować). Uruchomienie własnej platformy informacyjnej (data pierwszego wpisu: 24 marca 2021) to bardzo słuszny ruch, bo decyzja o blokadzie jego konta na fb (tak samo na Twitterze) została utrzymana w mocy. Kto spodziewał się innego obrotu sprawy, jest wielkim naiwniakiem (co najmniej). Teoria jakoby wpisy urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych „mogły prowokować do przemocy” jest nadal podtrzymywana, mimo że znamy całą treść jego przemówienia (nie tylko wycięte przez CNN fragmenty) i widzieliśmy filmy z Kapitolu, na których ludzie wchodzą do budynku drzwiami otwieranymi przez ochroniarzy – bardziej wygląda to na wizytę w muzeum, niż „atak”, o „insurekcji” nie wspominając.


To, co zrobił Facebook, Twitter i Google, jest hańbą i powodem do wstydu dla naszego kraju. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych odebrano wolność słowa, ponieważ radykalni lewicowi szaleńcy boją się prawdy... (Donald J. Trump, 5 maja 2021)


Skoro Republikanie i Donald Trump idą razem na wojnę, to trzeba przyjrzeć się własnej armii. Czas odpowiedzieć sobie na pytanie, kto w niej jest użyteczny, wypróbowany i pewny, a kto nie. Ten, kto nie jest, zyskuje (jeśli tak to można ująć) miano RINO. Słowo to kojarzy się z nosorożcem (otyłym, acz groźnym), ale w praktyce oznacza: „Republican In Name Only”, czyli „Republikanin jedynie z nazwy”. Pomysł „nagradzania” plakietką RINO uważam za świetny. Identyfikowanie słabych ogniw w łańcuchu, którego jest się częścią, to rozsądna strategia. Komuś może się to wydać kontrowersyjne, bo przecież do niedawna w Ameryce bycie Demokratą nie oznaczało (na szczęście), że jest się totalnym lewakiem, a bycie Republikaninem nie zawsze oznaczało, że jest się człowiekiem prawym (niestety). Ale już tak nie jest. Wygląda na to Demokraci i Republikanie definitywnie stracili do siebie zaufanie, nie wierząc, że druga strona dotrzyma danego słowa – podobnie jak to jest u nas między klanami PiS i PO. Jeśli były prezydent Trump nie rozumiał, w jakim kotle przyszło żyć Polakom od kilkunastu lat (od powstania totalnej, a właściwie totalitarnej już opozycji), to powoli zaczyna to chyba rozumieć.


Na liście „do odstrzału” znaleźli się w pierwszym rzędzie ci politycy Republikańscy, a właściwie RINO, którzy poparli pomysł drugiego im-pucz-mentu, czyli usunięcia z urzędu nieurzędującego już prezydenta Trumpa. Wśród nich jest „podżegacz wojenny” (jak nazywa ją Trump) – Liz Cheney z Wyoming, córka Dicka Cheney’a, byłego sekretarza obrony USA (za czasów George’a Busha seniora) i 46. wiceprezydenta USA (za czasów George’a Busha juniora). Liz, piastująca dotąd funkcję Przewodniczącej Konferencji Republikanów (ciała zrzeszającego wszystkich republikańskich członków Izby Reprezentantów), znalazła się wśród 10 republikańskich członków izby niższej Kongresu, którzy poparli wniosek w sprawie im-pucz-mentu. Nie zamierza poprzeć Trumpa, gdyby ten zdecydował się kandydować ponownie, bo... sama chyba po cichu marzy o kandydowaniu w wyborach prezydenckich. Marzenia te mogłaby pokrzyżować planowana już oficjalnie zmiana w fotelu Przewodniczącej Konferencji Republikanów – w tym miesiącu Liz może zostać zastąpiona przez wychwalaną przez Trumpa Elise Stefanik. Pomysł ten poparł ostatnio nawet Kevin McCarthy – przewodniczący mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale