0 obserwujących
255 notek
146k odsłon
  246   0

NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO…

Wyobraźmy sobie pustelników smaganych wiatrem od morza, pochylonych nad słowem bożym albo raczej nad Księgą z Kells. Tak nazywa się zagubiona gdzieś na szkockich wyspach miejscowość w Hrabstwie Meath. Jest VI, może VIII wiek. Mnisi siedzą tu gdzieś nad brzegiem morza w wydrążonych w kamieniach dziuplach we włosienicach z kapturami przepasani sznurem. Jedni piszą, a właściwie malują, inni chodzą po wybrzeżu w poszukiwaniu jakichś dziwnych roślin i kamieni, jeszcze inni garbują skórę zwierząt, aby sporządzić z niej doskonały pergamin. Wszyscy pracują nad dziełem, które dziś w bibliotece Świętej Trójcy w Dublinie wyświetlane jest na gigantycznych ekranach, strona po stronie. A są to strony uważane na świecie za jeden z największych skarbów Średniowiecza.

Datowanie tego arcydzieła nie jest łatwe. Niektóre źródła mówią, że to nie było 1200 lat temu, bo już w VI wieku mnich  o imieniu Columba lepiej znany w Irlandii jako Colm Cille posiadał księgę znaną jako Wielka Ewangelia Columba. Współcześni uczeni skłonni są jednak przypuszczać, że dzieło zostało stworzone właśnie gdzieś około roku 800 po Chrystusie. Lecz mniejsza o datę.

Gdy widzi się tę księgę, to aż trudno uwierzyć, że dzieło tak delikatne i wspaniałe mogło powstać  w miejscu tak dzikim i tak ubogim w materiały, które służyły do jego spisania i ornamentyki. Trudno wyobrazić sobie tych mnichów kucających w pieczarach w kształcie i wielkością przypominających kamienne ule, narażonych na wiatr i niepogodę, gdy uszy ich wypełniał nieustanny skrzek mew szybujących nad ich dziełem. Kto widział szalejące w tych okolicach morza temu trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek pracę w tych warunkach. A jednak mnisi stworzyli tu księgę wyjątkową, choć nie tylko pogoda nie była ich sprzymierzeńcem.

Koniec VII i początek VIII wieku  dla każdej chrześcijańskiej wspólnoty były na Wyspach okresem wściekłych ataków Wikingów. Jest faktem znanym historykom, że w 806 roku w jednym z takich napadów zginęło 68 mnichów. I ponoć wtedy właśnie Columba ze współbraćmi znalazł się w nowo ufundowanym klasztorze w Kells w Hrabstwie Meath. Rzeczą zdumiewającą jest to, że od tego czasu dzieło przechodziło z rąk do rąk i dotrwało do naszych czasów niczym nie zubożone i równie piękne jak wtedy.

Jego historia jest zadziwiająca już od samego początku. Średniowieczne źródła podają, że jakiś przesławny manuskrypt został skradziony z kościoła w Kells w 1006 roku. Jeśli dać wiarę „Rocznikom z Ulster” cenne dzieło zostało odnalezione „dwa miesiące i dwadzieścia dni później pod darniną”. W burzliwych czasach Cromwela kościół w Kells popadł w ruinę, a święta księga w 1653 roku powędrowała do Dublina. Kilka lat później odnajdujemy ją już w bibliotece Trinity College, gdzie pozostaje do dziś.

Trudno przecenić znaczenie tego arcydzieła. Napisano je na pergaminie. Do produkcji stron  trzeba było zabić i wyprawić skórę ze 185 cieląt. Każda z 680 stron księgi ozdobiona jest w ten lub inny sposób. W każdym górnym rogu znajduje się jakiś inny celtycki rysunek. Niejaki Gerald z Walii pisał w XII wieku: mógłbyś powiedzieć, że wszystko to jest dziełem anioła, a nie człowieka.

Księga zawiera cztery ewangelie. Każda strona dzieła sporządzona została w innym kolorze i ozdobiona innym wzorem. Tu widzimy majestatyczną twarz Wszechmogącego odmalowaną boską ręką artysty; tam znów mistyczne symbole skrzydlatych Ewangelistów raz z sześcioma, innym razem z dwoma parami lub tylko parą skrzydeł; tu orzeł, tam znów cielak; tu człowiek, a tam lew. Gdy przyglądasz się temu pobieżnie, gdy obejmujesz to jednym rzutem oka, to skłonny jesteś pomyśleć, że to wszystko jest jakby nieco zamazane,  wykonane bez należytej staranności. Ale kiedy przyjrzeć się temu bliżej dojdziemy do wniosku, że znajdujemy się w świątyni najcudowniejszej sztuki, gdzie króluje boska zawiłość, delikatność i subtelność, pełna supełków, powiązań i kolorów tak świeżych i żywych iż wydaje się, że dzieło powstało ręką samego Boga.

Najbardziej ekspresyjna wydaje się tytułowa strona Ewangelii według Świętego Jana. Zawiera ona tylko cztery słowa: IN PRINCIPIO ERAT VERBUM .I sylwetka samego świętego trzymającego w rękach księgę. Zwracają uwagę oczy ewangelisty: szeroko otwarte, mądre. Ale niedaleko, po jego prawej stronie, dostrzec można maleńką postać pukającą w dno naczynia służącego do podawania wina. Kusa kreatura z przymkniętymi oczami drobnego pijaczka, choć jeszcze ze lśniącymi białymi zębami, ale już z czerwonym nosem i zeschniętym językiem, odurzona jeszcze alkoholem, nie zdająca sobie sprawy z tego co było na początku,  co jest teraz i co będzie jutro. Co ma znaczyć ta postać ? Czy to alkoholowe przekleństwo, pijany diabeł, czy żart pustelnika ?

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo