Znamy już oficjalne wyniki wyborów samorządowych 2010. Wiemy, kto będzie rządził miastami wojewódzkimi, sejmikami i radami. Co zatem nowego w polskiej polityce?
Wielkim przegranym okazał się PiS - nie tylko nie potrafił poszerzyć elektoratu, ale utracił praktycznie wszystkie możliwości rządzenia czymkolwiek. Poza podkarpackimi gminami i powiatami PiS jest w odwrocie - wyrolowany na własne żądanie.
Oczywiście na długo przed wyborami znaliśmy już wszystkie powody przegranej. Błaszczak i spółka niczym prorocy osądzili uciekinierów, a właściwie banitów z PJN. Nie było by przy tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ci byli posłowie i tak wspierali kandydatów w terenie swoim cichym poparciem. Ale niezbadane są wyroki prezesa.
20-22% nijak się ma do 36% z pierwszej tury wyborów prezydenckich. Pozatym, PiS utraciło nad większością samorządów realną władzę, głównie poprzez słabe możliwości koalicyjne i niskie dokonania w poprzednich kadencjach.
Wybory samorządowe należą do takiej grupy, w której głosujemy nie tyle na partie, co na osoby. I tak to na stanowisku prezydenta Sopotu czy Olsztyna zasiądą mocno skompromitowani politycznie, ale nie społecznie działacze. Ludzie po prostu boją się eksperymentów. Gotowi pogodzić się z ciemną przeszłością polityka, wybierają względny spokój.
Te wybory są ostatnim ostrzeżeniem dla PiS'u. Co prawda PiS ma 15-20% twardego elektoratu, jednak aby mieć wogóle szansę na rządzenie w kraju musiałby ten elektorat pomnożyć przez trzy lub więcej. Podobnie jak w ostatnich wyborach, tak i w wyborach parlamentarnych Polacy mogą postawić na leniwy, beznadziejny, pijarowski nie-rząd. Nic w tym dziwnego - bójki pod Krzyżem wkurzyłyby każdego statystycznego Polaka. Nie zaprzeczam, że moje stanowisko w tej sprawie uległo zmianie - na początku uznawałem rację osób czuwających na Krakowskim, jednak z czasem przed pałacem prezydeckim odgrywał się coraz bardziej niemoralny spektakl. Z jednej strony "ociekający chamstwem", zwykli gówniarze zwołani przez PO - z drugiej - fanatycy, podsycani przez uroczyste składanie wieńców brata ś.p. Lecha Kaczyńskiego. Czuje straszny niesmak, gdy przypominam sobie sposób potraktowania zwykłych księży, którzy chcieli tylko przenieść Krzyż do Kościoła Św. Anny.
Miliony temu, kto wytłumaczy mi po co właściwie ten cały cyrk? W końcu to nie PiS-fanatycy, ani nie gówniarze z PO ustawili ten Krzyż. Ustawili go zwykli ludzie, młodzież, harcerze. Nie postawili Go po to by dzielił, ale aby łączył, by był znakiem. I PO i PiS wytarły sobie o niego buty, wplatając go w pokazową walkę.
Niestety nie było mi dane poznać ś.p. profesora Lecha Kaczyńskiego i innych tragicznie zmarłych. Ale pamiętam go jako sprzymierzeńcę Gruzji, Litwy, Ukrainy, Czech i wielu innych bliskich nam narodów. Swoim wyjazdem do Tbilisi starał się coś połączyć, wzmocnić, obronić.
Panie i Panowie - jakby nie było będzie źle. I to wcale nie dlatego, że PiS nie zdobędzie władzy, gorsza będzie przyczyna - kolejne lata słodkiego lenistwa partii z władzą absolutną. Trudno nie przyznać racji członkom PJN, kiedy z 36% robi się wątłe 20%, a najpotrzebniejszych reform jak nie było tak nie ma.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)