Idea jest prosta. Polskie przedsiębiorstwa, w tym małe i średnie, mają uczestniczyć w wybranych zagranicznych wizytach prezydenta, korzystając z politycznej rangi takich wydarzeń do otwierania drzwi, do których pojedynczej firmie dotrzeć byłoby znacznie trudniej. Pierwszą próbą będzie wrześniowa wizyta Karola Nawrockiego w Nowym Jorku związana z sesją Zgromadzenia Ogólnego ONZ. W programie znalazł się również Polish-American Economic Summit.
Dyplomacja, która pracuje dla przedsiębiorców
Nie jest to żaden polski eksperyment. Państwa, które poważnie traktują swoją gospodarkę, od lat łączą politykę zagraniczną z promocją własnych przedsiębiorstw.
Co więcej, również w Polsce nie zaczynamy od zera. Już za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego przedstawiciele biznesu regularnie towarzyszyli głowie państwa podczas zagranicznych wizyt.
Łączył tę politykę ze wzrostem polskiego eksportu i zainteresowania Polską zagranicznych inwestorów. Trudno dziś policzyć, ile kontraktów i biznesowych karier zaczęło się właśnie od takich podróży. Wiadomo natomiast, że dla przedsiębiorców możliwość wejścia razem z prezydentem na trudny rynek była czymś więcej, niż tylko zaszczytną podróżą.
Podobnie dzieje się za granicą. Kiedy kanclerz Friedrich Merz jechał w lutym bieżącego roku do Chin, towarzyszyła mu 30-osobowa delegacja biznesowa – od wielkich koncernów po małe i średnie przedsiębiorstwa. We Francji gospodarczy komponent wizyt Emmanuela Macrona również jest czymś naturalnym. Podczas jego wizyty w Indiach Business France i Mission French Tech zorganizowały udział ponad stu francuskich przedsiębiorstw.
Polska nie ma żadnego powodu, żeby w tej konkurencji grać z jedną ręką związaną za plecami.
Pokład dla firm, nie dla znajomych
Ważnym elementem tej inicjatywy jest jej otwarcie także na sektor MŚP. Wielkie koncerny mają własne zespoły międzynarodowe, kontakty i budżety. Dla średniej firmy udział w oficjalnej delegacji państwowej może oznaczać skrócenie drogi do zagranicznego kontraktu o kilka etapów.
Tu właśnie państwo może zrobić coś, czego przedsiębiorca sam zrobić nie potrafi: nadać rangę spotkaniu, otworzyć drzwi i dać wiarygodność. Potem biznes musi radzić sobie sam. Prezydent nie podpisze za przedsiębiorcę kontraktu i nie sprzeda jego produktu. Może jednak sprawić, że przedsiębiorca usiądzie przy stole z człowiekiem, którego bez wsparcia państwa być może nigdy by nie spotkał.
Pozostaje oczywiście pytanie, kto powinien znaleźć się na pokładzie. Ale dobór kandydatów wcale nie musi być skomplikowany. Kancelaria Prezydenta nie musi budować listy wiarygodnych firm od zera. Od lat działa Nagroda Gospodarcza Prezydenta RP, wyróżniająca przedsiębiorstwa o wysokim potencjale, w tym odnoszące sukcesy międzynarodowe. Jest także konkurs „Teraz Polska”, od początku objęty honorowym patronatem Prezydenta RP. To naturalne i sprawdzone źródła kandydatów do takich misji. Nie jako zamknięty klub laureatów, ale jako punkt wyjścia do wyboru firm najlepiej pasujących do konkretnego rynku i celu wizyty.
Kryteria muszą przy tym pozostać jasne, a nabór rzeczywiście otwarty. Najlepszą miarą powodzenia programu nie będzie liczba zajętych foteli w samolocie ani zdjęć z wizyty. Będą nią kontrakty, inwestycje, nowe rynki i wzrost polskiego eksportu.
Jeżeli Prezydencki Pokład Biznesu będzie działał właśnie w ten sposób, warto mu kibicować. Polska dyplomacja nie powinna jedynie opowiadać światu o polskiej gospodarce. Powinna pomagać polskim firmom ten świat zdobywać. A jeśli pierwszy krok do zagranicznego kontraktu czasem zaczyna się od miejsca w prezydenckim samolocie – tym lepiej.


Komentarze
Pokaż komentarze