Sektor prywatny coraz bardziej obciążony
18 sierpnia przypadł w tym roku Dzień Wolności Sektora Prywatnego. Według wyliczeń Instytutu Misesa dopiero po 229 dniach roku sektor prywatny przestał statystycznie pracować na pokrycie wydatków publicznych. Tak późno jeszcze nie było.
Można oczywiście spierać się o konstrukcję tego wskaźnika, jednak nie zmienia to podstawowego wniosku: państwo zabiera dziś z gospodarki większą część dochodu niż kilka czy kilkanaście lat temu, a ciężar utrzymania coraz bardziej rozbudowanego sektora publicznego spoczywa przede wszystkim na przedsiębiorstwach i ludziach, których zatrudniają.
Tym bardziej frapują przedstawione właśnie propozycje zmian podatkowych na 2027 rok.
Podatki w dół – ale nie dla wszystkich…
Około 3,5 mln podatników ma skorzystać na korekcie skali PIT. Próg 12-procentowej stawki miałby wzrosnąć ze 120 do 130 tys. zł, pomiędzy 130 a 150 tys. zł pojawiłaby się stawka 24 proc., natomiast 32 proc. byłoby płacone dopiero od dochodów powyżej 150 tys. zł. Maksymalna korzyść dla podatnika może wynieść około 3600 zł rocznie.
Dla wielu rodzin to konkretne pieniądze. I trudno mieć pretensję do rządu, że chce zostawić więcej w portfelach ludzi pracujących. Problem polega na tym, skąd te pieniądze mają się wziąć.
Jednym z pomysłów jest podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla największych przedsiębiorstw oraz podatkowych grup kapitałowych. Mowa także o ograniczeniu możliwości korzystania z ryczałtu przez część przedsiębiorców. Według szacunku Federacji Przedsiębiorców Polskich sama zmiana CIT może oznaczać dla biznesu około 8,6 mld zł dodatkowych obciążeń rocznie.
Większe podatki to mniejsze inwestycje
I tu dochodzimy do kwestii, która regularnie umyka: firma nie płaci podatków z jakiejś osobnej, nieskończonej puli pieniędzy. Każda dodatkowa złotówka podatku jest złotówką, której nie da się jednocześnie przeznaczyć na zakup maszyny, nową linię produkcyjną, podwyżkę dla pracowników, zatrudnienie kolejnej osoby albo ekspansję na zagraniczny rynek. Oczywiście duża firma może ograniczyć marżę, może też jednak ograniczyć inwestycje, podnieść ceny, przyhamować wzrost wynagrodzeń albo zrezygnować z projektu, który przy niższych kosztach byłby opłacalny.
W efekcie rachunek za podwyżkę podatku od przedsiębiorstw i tak wcześniej czy później trafia do ludzi. Tyle że inną drogą.
Tegoroczne dane nie zachęcają do traktowania dobrej kondycji firm jako czegoś oczywistego. W drugim kwartale zarejestrowano w Polsce około 80,6 tys. nowych przedsiębiorstw, o 9,2 proc. mniej niż rok wcześniej. W badaniach koniunktury przedsiębiorcy nadal wskazują podatki i obciążenia na rzecz budżetu jako jedną z istotnych barier działalności. Zaległości firm, które w pierwszym półroczu ogłosiły upadłość albo rozpoczęły restrukturyzację, przekroczyły 200 mln zł i były o ponad jedną czwartą wyższe niż przed rokiem.
Czego potrzebuje polska gospodarka?
Nie oznacza to, że polski biznes znajduje się na krawędzi załamania. Gospodarka rośnie, część przedsiębiorstw poprawia rentowność, inwestycje w niektórych sektorach odbijają. Polska od lat ma bowiem znacznie większy problem niż wysokość jednego progu PIT czy kilku punktów procentowych CIT. Potrzebujemy więcej inwestycji, większej produktywności i szybciej rosnących wynagrodzeń. Tego nie da się zadekretować ustawą podatkową. Można natomiast stworzyć warunki, w których przedsiębiorcy będą chcieli inwestować, zatrudniać i płacić więcej.
Wtedy państwo rzeczywiście będzie mogło pozwolić sobie na obniżanie podatków obywatelom, bo ich dochody będą rosły szybciej niż fiskalne potrzeby budżetu.
Jeśli będziemy coraz hojniej rozdawać ulgę pracownikowi, a coraz głębiej sięgać do kieszeni jego pracodawcy, w pewnym momencie zabraknie nie podatnika, ale tego, kto tworzy dochód, który można opodatkować.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)