Mistrz bez ucznia zostaje ostatnim mistrzem
Najbardziej niepokojące liczby dotyczą ciągłości pokoleń. Według Związku Rzemiosła Polskiego w 2025 roku w 21,6 tys. zakładach szkolących uczyło się zawodu 67,5 tys. młodocianych pracowników. Rok wcześniej było ich 74,7 tys. W ciągu roku liczba uczących się w zakładach rzemieślniczych spadła więc o niemal 10 proc. Każdy z tych uczniów może za kilka lat zostać fachowcem, otworzyć zakład albo samemu szkolić następnych.
Tymczasem rynek już pokazuje, że takich ludzi brakuje. „Barometr zawodów 2026” zalicza do zawodów deficytowych między innymi spawaczy, elektryków i energetyków oraz monterów instalacji budowlanych. Osiem profesji pozostaje w deficycie nieprzerwanie od dziesięciu lat. Brakuje również nauczycieli praktycznej nauki zawodu. Trudno o bardziej wymowny obraz: potrzebujemy fachowców, ale zaczyna brakować także tych, którzy mają ich nauczyć.
Rzemieślnik szkolący młodego człowieka prowadzi równocześnie firmę i małą szkołę. Musi znaleźć czas, ponosić koszty, brać odpowiedzialność za ucznia i spełniać wymogi formalne. Gdy szkolenie staje się dla małej firmy zbyt ryzykowne lub uciążliwe, najprostszą decyzją jest rezygnacja z ucznia. Dla gospodarki po kilku latach oznacza to brak fachowców.
21 września w Sejmie odbyła się konferencja „Polska Mistrzów – tworzymy, edukujemy, inspirujemy”, zorganizowana przez Związek Rzemiosła Polskiego, który jest także jednym z fundatorów Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego. Podpisano Manifest Rzemiosła Polskiego, a dyskusja dotyczyła kształcenia zawodowego, sukcesji, warunków prowadzenia małych firm, ochrony marki rzemieślniczej oraz używania określenia „rzemieślniczy” przez producentów, którzy z rzeczywistym rzemiosłem mają niewiele wspólnego. Najważniejsza była jednak lista problemów: wszystkie sprowadzają się do pytania, czy polskie rzemiosło będzie miało komu przekazać wiedzę i komu zostawić warsztat.
Rzemiosło to nie skansen
Drugi problem to sposób, w jaki o rzemiośle myślimy. Cenimy „rzemieślniczość”, ale przez lata szkołę zawodową traktowaliśmy jak edukacyjną boczną ulicę. Tymczasem współczesny rzemieślnik nie jest postacią z pocztówki. Pracuje na nowoczesnych urządzeniach, korzysta z nowych materiałów, musi znać normy, przepisy, rachunek ekonomiczny i technologie. Dobry elektryk, mechanik, stolarz, szewc, piekarz czy cukiernik jest specjalistą, którego wiedzy nie da się przekazać inaczej, jak przez pracę.
Do tego dochodzi sukcesja. W małej firmie odejście właściciela może oznaczać zniknięcie całego zakładu, wraz z klientami, doświadczeniem i umiejętnościami gromadzonymi przez dziesięciolecia. Jeżeli nie ma następcy, nie ma komu przekazać niepisanej części zawodu, tej wiedzy, której nie da się zamknąć w instrukcji.
Największym wyzwaniem polskiego rzemiosła nie jest więc brak sentymentu Polaków do ręcznej pracy. Sentymentu mamy aż nadto. Problemem jest ciągłość kompetencji. Można chronić nazwę „rzemieślniczy”, organizować konkursy i promować tradycję, ale jeśli mistrz nie będzie miał ucznia, a uczeń realnej perspektywy utrzymania się z zawodu, wszystko skończy się na ładnej etykiecie.
Rzemiosło jest zbyt prężne, by odchodzić do skansenu. Potrzebuje następnego pokolenia. Od tego zależy, czy za dziesięć lat będziemy jeszcze mieli komu oddać do naprawy samochód, dach, instalację albo stary stół. I czy termin „rzemieślniczy” będzie młodym jeszcze cokolwiek mówił.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)