Z początku wcale nie chciałem przyjeżdżać do Polski. Dlaczego? Strach. A także brak wiedzy, który pomiędzy ludźmi zadowolonymi i żyjącymi w wygodzie jest najczęściej podstawowym składnikiem strachu.
Moja ignorancja nie była, oczywiście, całkowita. Dorastałem w Cleveland, w stanie Ohio, wśród rodziny mojej matki. Jej rodzice byli, urodzonymi na Węgrzech, ortodoksyjnymi Żydami, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Ojciec mojej matki, którego znałem tylko bardzo krótko, pochodził z Rosji. Ojciec mojego ojca, umarł, zanim się urodziłem. Pochodził z miasta Bełz w przedwojennej Polsce (dzisiejsza Ukraina). Wiedziałem zatem, że moi przodkowie wywodzili się z różnych miejsc, między innymi Polski.
W obu gałęziach mojej rodziny tradycja europejska została jednak zagubiona. Nie przekazywano historii – ani w ustnej, ani pisanej, czy wizualnej formie. Zamiast tego była długa cisza, a potem śmierć tych, którzy mogliby opowiedzieć o swoich przeżyciach sprzed przybycia do Ameryki. Moi dziadkowie nigdy nie mówili o tym, co pozostawili za sobą.
Studiowałem literaturę, a nie historię. Dlatego moje wyobrażenie Polski zostało w znacznej mierze ukształtowane przez dzieła pisarzy, takich, jak Sholom Aleichem, bracia Singer i Bruno Schulz – a także prace literackie i wspomnienia ocalałych z Shoah. W ostatnich miesiącach, by przygotować się do napisania reportażu o Iwanie Demianiuku, przeczytałem natomiast większość prac historycznych o nazistowskim planie eksterminacji Żydów – a także o Hołodomorze, który Demianiuk przeżył jako mały chłopiec.
Lektura ta wzbudziła moją ciekawość, której nie były w stanie zaspokoić odbyte wcześniej podróże do Europy. Byłem w Niemczech, Belgii i Luksemburgu. Miejsca te sprawiły na mnie wrażenie chłodnych. Nie nieprzyjemnych, nie nieprzyjaznych, nie groźnych – ale jakby zesztywniałych. Gdy pragnąłem spędzić w Europie przyjemne wakacje, jeździłem do Francji (Paryż wydawał mi się czasem nieprzyjazny, ale nigdy zimny, czy sztywny). Jako Amerykanin wychowany w epoce zimnej wojny, nie odczuwałem natomiast potrzeby zwiedzenia którejkolwiek z republik byłego Związku Radzieckiego. Jako Żyd, który odziedziczył wizję Polaków i Ukraińców, przeważającą w żydowskich sztetl – uważałem ich za ludzi nienawidzących Żydów, za Kozaków, narody, które w większości podzielały nienawiść Hitlera w stosunku do Żydów – i dlatego w ogóle się nimi nie interesowałem.
Wreszcie – Internet. Wszystko, co przeczytałem o Polsce, wzbudziło we mnie przekonanie, że przyjechawszy, będę się poruszać po nędznych drogach, pełnych samowolnych, pijanych kierowców, że podróż z Warszawy do Sobiboru i z powrotem będzie niewygodna (w najlepszym wypadku). Miałem przyjechać do Warszawy w niedzielę – sądziłem więc, że wszystkie sklepy będą zamknięte, nawet jeśli nie w Warszawie, to z całą pewnością po drodze do mojego pogrążonego w leśnych ostępach celu podróży.
Najkrócej rzecz ujmując, wyszedłem w ten sposób na idealnego amerykańskiego durnia – średnio wykształconego Żyda w podeszłym wieku, piszącego dla miesięcznika ilustrowanego i oczywiście wysłanego na jego koszt. Obrazu dopełniały szpulowy magnetofon i mieszanina strachu, resentymentu i pogardy dla wschodnioeuropejskich gojów.
Moje pierwsze wrażenia zostały wyostrzone dzięki Bartkowi Zwierzowi, młodemu dziennikarzowi, który wyszedł po mnie na lotnisko. To człowiek o ciętym dowcipie i znakomitym poczuciu humoru. Śmiejący się na każdym kroku z mojego zaskoczenia: „Popatrz, sushi! W Polsce!” Podróż z Warszawy do Sobiboru nie była tak trudna, jak sądziłem. Drogi nie były wcale tak złe – pomijając trasy wyjazdowe z Warszawy, gdzie trwały prace remontowe. Żadnych zataczających się pijaków. Krajobrazy fantastyczne. A ponad wszystko – ponieważ moje strachy wychodziły z moich ust tak często jak żarty, i ponieważ mam zwyczaj żartować ze wszystkiego z każdym – czułem się znakomicie z tym młodym Polakiem. Żartowaliśmy z mojej niewiedzy i strachu, a on opowiadał mi o swoim kraju i o doświadczeniu ostatnich dwudziestu lat.
Nie czułem się u siebie – ale jestem osobą, która rzadko tak się czuje, nawet we własnym domu. Byłem jednak szczęśliwy, że jestem w Polsce i to w dodatku w momencie, gdy kraj ten jest tak dumny z siebie, gdy jest szybko rozwijającą się częścią Unii Europejskiej, a nie jej ubogim krewnym z przerastającymi go ambicjami. Obawiam się, że być może to zbyt gładkie i budzące niewiarę podsumowanie. Zapewne naiwnością jest uważać, że dzień czy dwa w Polsce upoważniają mnie do analizowania kraju i jego mieszkańców. Nie przetrawiłem też jeszcze w pełni tego doświadczenia, a już muszę pracować nad artykułem, który był celem mojej podróży.
Ponieważ czułem, że jestem w pracy, moje uczucia w Sobiborze były przygaszone. Myślę, że będą ujawniać się stopniowo, w miarę, jak będę pisać swój reportaż. Wiem jednak, że choć jestem pełen smutku i żalu za cierpienia mojego własnego narodu, to z pewnością nie odczuwam ich wystarczająco silnie, gdy chodzi o doświadczenia innych narodów. Tę prawdę poczułem w Polsce. To dar, za który jestem bardzo wdzięczny.
* Scott Raab, amerykański dziennikarz, pracuje dla magazynu "Esquire". Obecnie przygotowuje reportaż o Iwanie Demianiuku, którego proces ma odbyć się w najbliższych miesiącach w Monachium.
Inne opinie o Polsce na stronie Kultury Liberalnej
Inne tematy w dziale Kultura