Oj, nabrał mnie redaktor Nogaś; nabrał.
Po lekturę sięgnąłem wyłącznie za jego sprawą - wysłuchawszy w samochodowym radiu peanów na cześć rzeczonego autora i tej waśnie, króciutkiej powieści. Jeszcze tego samego dnia udałem się do księgarni celem nabycia; była, co w dzisiejszych bieżączkowych czasach nie jest takie oczywiste - wszak od wydania minęło kilka ładnych miesięcy. I jeszcze tego samego dnia z niecierpliwością wieczorem zasiadłem do czytania. Utknąłem gdzieś na trzeciej, czwartej stronie. Odczekałem kilka dni i zacząłem jeszcze raz - zaszedłem krok dalej, i znów utknąłem. Postanowiłem brnąć metodycznie po kawałku - co drugi, trzeci dzień; jakoś to szło, z naciskiem na słowo jakoś. Niemniej nie odpuściłem - jednak "kandydat do Nobla" zobowiązuje... No i wciąż szukam literatury aktualnej na miarę dawniejszych mistrzów, którzy mnie kiedyś porywali (ta jest tak średnio z aktualnością, bo z 1982 r.; a całkiem nie jest na miarę). W końcu przeczytałem; ostatniego dnia (czyli wczoraj) longiem 70 stron, co stanowi ponad połowę tej pozycji.
Odetchnąłem z ulgą. Posłowie już odpuściłem; może niedobrze, bo pewnie byłbym "mądrzejszy";
Dla mnie ta powieść to wydmuszka; i to jaja emu, a nie tam byle naszej kury. Nie ma treści (i nie chodzi tu o fabułę), nie niesie wartości. Jest jakąś bliżej niesprecyzowaną impresją, magmą słowną, z której od czasu do czasu się coś wyłania. Koniec jest już w początku, a jednak brnie się dalej - tyle można powiedzieć o dziele życia bohatera tej powieści; jak i o samej powieści.
Być może kogoś to jest w stanie wciągnąć. Zastanawiam się, czy mnie w czasach największej formy czytelniczej i głodu literatury mogłoby mnie to porwać - i mam spore wątpliwości; być może przed zapoznaniem twórczości Jorge Luisa Borgesa byłoby to możliwe...
Pomimo wszystkiego com napisał wyżej, nie uważam czasu poświęconego na lekturę za zupełnie stracony. Poznałem kawałek innego świata, co ma dla mnie wartość.

Gdyby ktoś jednak chciał przeczytać to służę swoim egzemplarzem.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)