Fajny koncert w sobotę widziałem.
Jestem bardzo zadowolony, że się skusiłem. Zwłaszcza, że niemal w ciemno, bo nie znałem kompletnie repertuaru. Powodem był kierownik artystyczny przedsięwzięcia - bębniarz John Wrigh, którego znałem i ceniłem z działalności w legendarnej kanadyjskiej grupie NMN. Z tym, że było to 30+ lat temu...
Rzecz obyła się jak na andergrandowe standardy przystało - w ciasnej piwnicy, ze sceną, która ledwie mieściła członków zespołu. Z tego powodu nie było saportu, bo nie było jak poustawiać im gratów. Ale mnie to nie zmartwiło, a wręcz przeciwnie - ja osiągnąłem już ten etap w życiu, że mniej znaczy więcej.
Skład pięcioosobowy - od lewej: klawiszowiec dodatkowo grający na puzonie i okazyjnie werblu, gitarzystka dodatkowo grająca na trąbce, gitarzysta, basista grający okazyjnie na padzie i bębniarz. A-ha - wszyscy śpiewali. Niezła trupa; a najlepszy fuzz to miał wokal dziewczyny - ale jazda...
Dali bardzo solidnego łupnia grając autorski materiał oraz oszczędnie sięgając do twórczości NMN, którego duch unosił się nad sceną (również w postaci wyświetlanej grafiki). To był ostatni koncert w ramach tej mini trasy po Polsce (Kato, Wawa, Krk); Ale pewnie wrócą, bo lubią grać w Polsce; NMN uwielbiali tu przyjeżdżać.

Miło był wziąć udział; szanuję, że są jeszcze takie zespoły, którym się chce czegoś więcej niż seksu i hajsu.
Do notki o NMN się przymierzam od jakiegoś czasu; prawie trzy lata temu zacząłem nawet pisać i mam ją w "szkicach". Powodem była biografia zespołu pt. NoMeansNo: W drodze znikąd donikąd. Historia mówiona, której lekturę polecam. I to nie tylko fanom zespołu lub uczestnikom sceny nizależnej, ale każdemu świadomemu słuchaczowi muzyki. Ale nie wiem czy ją napiszę...




Komentarze
Pokaż komentarze (30)