Lech Galicki
Zyta była siódmą z kolei córką Katarzyny. Ojca nie znała, nawet go nie widziała nigdy. Tak już jej pisane widać było. Dzieciństwo miała ciężkie, że lepiej nie mówić. Gdy mama została wdową, opieka społeczna sprzedała ich gospodarstwo, gdyż dzieci były bardzo małe. Na każdą głowinę powinno skapnąć nieco grosza. A tu nic. Wszystko przepadło za ,, żelazną bramą”. Gdzie? Ano, to było za Rosji i tak mówiono:,,Pieniądze włożyli za żelazną bramę”. Chyba do banku jakowegoś. Zyta tego nie wiedziała i do dzisiaj nie rozumie. Miała tylko cztery lata, gdy mama wzięła swój ,,wniosek” i poszła służyć, zamiast kupić coś za to. Tak było i już. A 450 rubli sumkę stanowiło okrągłą jak bochen chleba. Dala je na procent i trzymając Zytę za rękę poszła ludziskom usługiwać.
Mamusia wpoiła córce prawdę podstawową, że z cudzego domu, obcego mieszkania nic wziąć nie można. Nawet skorek od chleba, co go dzieci gospodyni nie zjadły i na podłogę rzuciły. Pracowała Katarzyna z przejęciem, tyle ile sił miała, a nawet więcej wykrzesała z siebie, i modliła się, i mówiła do córki: ,,rób podobnie w przyszłości”.
Tak było do czasu, gdy Zyta skończyła czternaście lat. Wówczas bieda nastała okropna. Pięć jej sióstr zmarło. Każdego ranka na matkę, Zytę i jej siostrę czekał saganek z trzema ugotowanymi na cało ziemniakami. I nic więcej. Zyta szybko się usamodzielniła. Też chciała pracować. I modlić się z serca całego. I śpiewać. Sama poszła zgodzić mieszkanie i do dziedzica trafiła za robotą. Tam na równi z mężczyznami od świtu samiuśkiego do nocy nie dawała odpocząć nogom, rękom i karkowi.
Tak było do zamążpójścia Zyty. Krótki czas odpoczynku i ponownie, jak w kieracie, ciężka praca. Drewno na plecach nosiła, a mąż spał, kilka lat nie pracował. Zyta spieszyła do jednej pracy, zaś do drugiej, trzeciej… W tym czasie urodziła chłopca i dziewczynkę. Dobiegała do domu, aby dzieci razem z matka nakarmić. Siedem miesięcy to trwało.
Nagle ludzie zaczęli mówić o wybuchu wojny. Mama Zyty tak się tym przejęła, że dotknął ją zniewalający paraliż i po trzech dniach zeszła z tego świata. Wtedy wojna zatrzęsła ziemią. Po tygodniu mama śni się Zycie, ona swoja rodzicielkę na rekach niesie, niemieckie samoloty bomby zrzucają, a mamusia tak mówi do Zyty: ,, Zostaw mnie i wynoś z domu meble, bo się wszystko spali”. I dodaje jeszcze jak w sennej mgle:,, A o modlitwie i pracy nie zapominaj”. Rankiem meble wyniesiono, po południu na pusty dom spadła bomba.
O modlitwie i pracy Zyta nie zapomniała. To jej sposób i treść recepty nażycie. Wymiar jej wiary. Po Niemcach przyszli do Polski Rosjanie, potem Polacy, co to komunistyczne rządy sprawowali. I Zawsze Zyta kark zginała od świtu do zmroku. A i teraz żwawo drepcze Zyta przed siebie. Tak jak lata lecą. Czasem zatrzyma się i sprawdzi czy pieniądze są na miejscu ukrytym. Trzeba pomagać wnukom i prawnukom. Znowu nadeszły ciężkie czasy. Kapitalizm żarłoczny jak bestyja. Zyta wierzy, że będzie lepiej, bo takie jest życie ludzkie: raz dobrze, raz gorzej. Nie oddziela więc modlitwy od rak spracowanych. Ot, świat stworzony, tak jak trzeba było, trwa, trwa, dzień po dniu, jak maszyna wielce skomplikowana w czasie.
------------- KONIEC --------
*notka do obrazu
C.K. Norwid (1821-1883), Solo (Melancholia), 1861, litografia piórkiem na papierze, MNP G 10112
W 1861 w paryskim Zakładzie Litograficznym St. Aubin Cyprian Kamil Norwid opublikował trzy litografie piórkiem: Solo (znaną także pod tytułem: Melancholia), Echo ruin oraz Scherzo. Są to w dorobku graficznym "czwartego wieszcza" prace wyjątkowe. Wzorem współczesnych Norwid traktował litografię, jako doskonałą technikę reprodukcyjną, dzięki której można było otrzymać niezliczoną liczbę równej jakości odbitek. Sam autor określał te trzy kompozycje mianem "publikowanych rysunków". Nie zachowały się żadne szkice przygotowawcze, co świadczyć może o tym, że narysował je bezpośrednio na kamieniu. Celem zaś nie było wydobycie specyficznych cech obranej techniki, ale właśnie zmultiplikowanie rysunkowej kompozycji. Późną jesienią 1861 artysta wysłał do brata Ksawerego do Warszawy przesyłkę zawierającą m.in. 150 egzemplarzy Solo (nakład jak na graficzne kompozycje Norwida, zawrotny), z poleceniem rozprowadzenia jej wśród mieszkańców stolicy. Tutaj jednak zdarzyło się coś zdumiewającego - carska cenzura zatrzymała przesyłkę i wydała kategoryczny zakaz rozpowszechniania jej zawartości - nie tylko w formie sprzedaży, ale nawet prywatnej dystrybucji. Co mogło wywołać tak ostrą reakcję carskich urzędników?
Kompozycja z pozoru wydaje się niewinna. Jej centrum zajmuje samotna, zadumana, a nawet zatroskana, hermafrodyczna, niemal anielska postać w powłóczystej szacie. W jej bezpośrednim sąsiedztwie artysta przedstawił porzucone przez orkiestrę instrumenty muzyczne, oplecione pajęczynami kurzu. Wszystko to umieścił na tle nieco upiornego, ale typowego dla okolic nadbajkalskich, syberyjskiego pejzażu. Oświetlonego - tutaj brak jednomyślności wśród interpretatorów litografii - albo księżycową poświatą, albo też promieniami zachodzącego słońca. Całość opracowana została szkicową, niemal nerwową, kreską oddającą temperament rysownika - co jest charakterystyczne dla dojrzałych rysunków Norwida. Brak w niej niuansów tonalnych, jedynie kontrast jasnego tła kartki i czerni umieszczonej na niej jednolitej kreski. Co ciekawe, przygnębiające wrażenie całości potęguje zimny, zielonkawy odcień papieru, na którym odbito grafikę.
Wśród wielu tropów interpretacyjnych związanych z Solo, istnieje jeden wiążący ją tematycznie z wyjątkowo antycarskim poematem Juliusza Słowackiego, jakim był "Anhelli", opublikowany w Paryżu w 1838. Możliwe, że właśnie to było przyczyną zakazu kolportacji wydanego przez cenzurę warszawską, która dopatrzyła się w litografii cech wywrotowych i antyrosyjskich.
Agnieszka Salamon-Radecka, Gabinet Rycin MNP


Komentarze
Pokaż komentarze (1)