On był cudownym dzieckiem, bardzo zdolnym lekarzem, z bardzo dobrej rodziny i z wykształconych rodziców. Był też alkoholikiem. W nałogi wpadł w liceum; ile i co brał nie jest w stanie sobie przypomnieć. Tylko, że było tego dużo i różne rzeczy. Jako lekarz dostawał prezenty od pacjentów; najczęściej butelkę dobrego alkoholu. Pił w samotności, nie szukał towarzystwa. Jak skończył swój dobry alkohol to kupował zwyczajną wódkę. Nie gardził piwem. Mieszał to z barbituranami dla szybszego i skuteczniejszego efektu. Zaczął wpadać w kilkudniowe ciągi; nie chodził wtedy do pracy, ale załatwiał sobie lewe zwolnienia u kolegów lekarzy i krył się w ten sposób. Rano jak drżały mu ręce to brał kolejne leki by doprowadzić się do porządku. Zakraplał przekrwione oczy i szedł do pracy.
Trwało to kilka lat. Ale ciągi stawały się coraz dłuższe, nałóg coraz mocniejszy i nie był w stanie się dłużej kryć. Zaczął wtedy chodzić do Matki i pić u niej. Terroryzował ją by szła po alkohol. Nie miał pieniędzy, ale Matka miała. Szła i kupowała. On na nią wrzeszczał, spał w jej łóżku, szczał jej do łóżka i wysyłał ją po alkohol. Jak nie chciała to ją szantażował – że zrobi sobie krzywdę, że zdemoluje dom, itp. Ona zawsze ulegała. Nie ze strachu, ale z miłości.
Kiedy jego stan stawał sie tragiczny i bała się, że zapije się na śmierć, wzywała pogotowie i wieźli go na odwyk. On z odwyku uciekał zwykle po paru dniach bo przecież nie można zmusić nikogo do hospitalizacji. W pracy, mimo, że już wiedziano, tolerowano go na zasadzie dania kolejnej szansy alkoholikowi. Ciągi alkoholowe były coraz dłuższe, a on coraz więcej czasu spędzał u Matki szczając jej do łóżka i posyłając ją po alkohol.
Ona była bardzo religijna. Modliła się o niego bez przerwy. Nie rozstawała się z różańcem. Wierzyła w te modlitwy wiarą wielką i bezgraniczną. W środku szaleństwa jego picia i terroru zaproponowano jej wyjątkowo okazyjny wyjazd do Rzymu. Siostry zakonne, które prowadziły tam dom zaoferowały jej darmowy pokój na 2 tygodnie. Pojechała tam z rozpaczy bo zdawała sobie sprawę, że będąc w domu pogarsza sytuację bo daje się terroryzować i chodzi mu po piwo i wódkę. Czas w Rzymie spędziła na modlitwie – żarliwej i z całego serca do Jana Pawła II. Chodziła do Bazyliki, chodziła na Jego grób, modliła się do Niego w każdym kościele jaki odwiedziła, modliła sie do Niego w domu zakonnym gdzie miała pokój. Modliła się sama, modliła sie z siostrami. Modliła się o wyzdrowienie syna.
Po 2 tygodniach wróciła do domu. Spodziewała się najgorszego, tego, że zastanie pijanego i zaszczanego syna w swoim łóżku, że stracił w pracę, albo nawet tego, że w zapił się na śmierć. Wszystkie scenariusze chodziły jej po głowie; z wyjątkiem tego jednego, że zastanie czysty dom. Tego, że on wróci całkowicie trzeźwy z pracy, przywita się i zacznie normalne życie, tak jakby przeszłość i nałóg nie istniały. Nie spodziewała się tego, że on wyzdrowieje w czasie jej wyjazdu i modlitw do Jana Pawła. Nie miała jednak śladu wątpliwości, że to ozdrowienie jest cudem i interwencją Jana Pawła w odpowiedzi na jej modlitwy.
On do tej pory jest trzeźwy, a jest to już ok. 8 lat. Nawet nie jest wierzący i do głowy mu nie przyjdzie, że jego trzeźwość to odpowiedź na jej modlitwy. Jego alkoholizm stał się tematem tabu o którym się nie mówiło, ani nie mówi, nawet z nim. Dlatego ten cud to była tajemnica, której mu nie powiedziała, a z którą podzieliła się ze mną i może z kilkoma innymi wybranymi osobami. Ona już nie żyje, dlatego ja składam to świadectwo.
Inne tematy w dziale Społeczeństwo