Artur Lewczuk Artur Lewczuk
90
BLOG

W manufakturze progresywizmu

Artur Lewczuk Artur Lewczuk Społeczeństwo Obserwuj notkę 0

Nasz wiek, w swej niezrozumiałej pysze, cierpi na osobliwą przypadłość – dawne, bogate mądrością mitologie istnienia zostały zastąpione przez jeden ascetyczny mit postępu. Wymusza on na człowieku głównie funkcjonalność i zerwanie z „ciężarem religii chrześcijańskiej”. Architektura współczesnego etosu postępowego to duszne panoptikum chorobliwej wrażliwości obrosłe bujną, trującą roślinnością różnych ideologii, które w swoich paroksyzmowych zwojach pragną otoczyć ludzką duszę tak, żeby raz na zawsze przestała być widoczna. Lewica progresywna podjęła się rzemiosła iście demiurgicznego: postanowiła dokonać gwałtownej renowacji ludzkiego sumienia, nadać mu nową architekturę przyozdobioną pozłotkiem urzędowo kreowanego człowieczeństwa. W tym swoistym nowym uniwersum dawne autorytety mielone są na proch, a moralnym kompasem staje się absolutny, tyrański prymat rzekomo skrzywdzonego przez tradycję człowieka, którego trzeba „ratować i uzdrowić”.

U zarania tej moralnej kreacji majaczy cień Karola Marksa – odkrywcy społecznych podziemi, który opisywał świat jako przestrzeń pogardy klasowej i klasowego wyzysku i który zapragnął wyprowadzić ludzkość ze świata podobnego do platońskiej jaskini, z tą różnicą, że opisana w „Państwie” Platona jaskinia jawiła się mu jako loch, w którym tkwią poniżeni przez właścicieli środków produkcji proletariusze. Czas zrobił swoje – jego myśli uległy różnorodnym transformacjom i wcieleniom, z których wyłoniły się chociażby takie potwory jak komunizm i nazizm, ale to nie jedyny przykład ich „twórczego obrabiania”. Skutkiem tego procesu jest również współczesny progresywizm – swoisty eksperyment myślowy i społeczny polegający na uduchowieniu materializmu i rozpuszczeniu go w płynnej nowoczesności, a więc takiej, w której wszystko ulega ciągłej zmianie, a stałe punkty odniesienia znikają. Ma on też formę różnych operacji na ludzkiej świadomości i na ludzkim języku.

Tak tworzony „nowoczesny etos postępowy” z jego demoniczną naturą antycypował już Fiodor Dostojewski. W jego „Biesach” ukazana jest oderwana od Boga miłość do ludzkości, która nieuchronnie przemienia się w ohydną tyranię. Współczesnym jej wyrazem jest tyrania celebryckich „elit”, która, wypisz-wymaluj, jest opisaną w „Biesach” szygalewszczyną, czyli sposobem spotkania ze światem i ludźmi, który apoteozując deklaratywnie wolność, obiecując raj na ziemi w zamian za podporządkowanie się postępowej władzy, wyrzeczenie się wolności w tworzeniu samego siebie, własnej istoty opartej na wtajemniczaniu się w prawo moralne, rodzi jednocześnie bezgraniczny despotyzm, przyjmujący formę zinstytucjonalizowanego linczu na tych, którzy „bezczelnie” podważają płynne dogmaty nowej ortodoksji. Współczesna szygalewszczyzna ma często kształt „kultury unieważniania”, na mocy której formy dawniej pojmowanych grzechów zastąpiły grzechy takie jak „uprzedzenie”. „nietolerancja”, „homofobia”, „ignorancja ekologiczna”. Pod maską ochrony skrzywdzonych i tworzenia „bezpiecznych przestrzeni” nowocześni inżynierowie dusz, podobnie jak Piotr Wierchowieński z „Biesów”, uruchomili mechanizm powszechnego cynizmu i permanentnej podejrzliwości wobec wszystkiego, co tkwi w przeszłości i jest niezgodne z ich dążeniami. Politycznym przykładem rozpełzającej się „kultury unieważniania” jest wypowiedź Donalda Tuska, który w 2023 r. podczas Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej wykrzyczał: „Uroczyście przed wami unieważniam to referendum”. Jego słowa odnosiły się do ogólnokrajowego referendum zarządzonego przez rząd PiS. Referendum to dotyczyło czterech konkretnych zagadnień polityczno-gospodarczych, sformułowanych przez ówczesny rząd Prawa i Sprawiedliwości, ale i miało też charakter aksjologicznej deklaracji. I tę deklarację Donald Tusk postanowił „unieważnić”, czyli zbojkotować. To, że jego słowa znalazły silne poparcie, to jeden z dowodów na to, że lewicowy progresywizm stał się dla współczesnych ludzi bożkiem, któremu oddają bałwochwalczą cześć. Referendum z 2023 r. stworzyło sposobność, by obywatele mogli urzeczywistnić swoje polityczne prawo, wyrazić swój głos, ale tak się nie stało w przypadku bardzo wielu Polaków, bowiem jedną ze stron ich tożsamości jest „kultura unieważniania”, której przejawów w naszym życiu politycznym, w sposobie sprawowania władzy przez obecny rząd, jest co niemiara. Prawdę mówiąc, każdy nowy dzień w naszym życiu społecznym, politycznym, kulturalnym przynosi jakieś nowe „unieważniam”, które stało się nową osobliwą formą sprawowania władzy.

Ambony progresywistów znajdują się wszędzie, to nie tylko szpalty gazet, fora internetowe, ale teatry, filmy, festiwale, parady „równości”, szkoły, instytucje, które niczym Cerber pilnują, aby do Krainy Postępu i Panteonu Mądrości nie przedarł się ktoś, kto nie potrafi mówić „współczesnym językiem”, kto posługuje się językiem starych słów i pojęć. W świecie unieważniania nie ma odkupienia – wina ma charakter nieodwołalny, jest czymś nie do wybaczenia. Jeśli raz naruszysz kanon postępowego języka, wykroczysz poza ramy modnych aktualnie postaw i myśli, zostajesz skazany na cywilną banicję. Bo tu nie ma dialogu, tu jest nieustająca walka o „Postęp”, aż do całkowitego unicestwienia starej wiary.

Ta sekularna soteriologia, operująca toporem politycznego, społecznego, kulturalnego ostracyzmu, już na początku dwudziestego wieku została całkowicie obnażona w filozoficznej, a zarazem profetycznej wizji Włodzimierza Sołowjowa, w jego koncepcji Antychrysta. Wizja ta zawiera opowieść o zmęczonej wojnami ludzkości w dwudziestym pierwszym wieku, która oddaje władzę genialnemu filantropowi i pacyfiście. Nowy Imperator przynosi światu dobrobyt, pokój i chleb, ukrywając pod maską dobroczyńcy demoniczną naturę, pychę. W zamian za ziemski raj żąda od ludzi uznania swojej boskości. Podczas soboru w Jerozolimie uwodzi większość religii, jednak garstka wiernych – katolików, prawosławnych i protestantów – demaskuje go jako Antychrysta. Demaskacja jest prosta i jednocześnie genialna w swojej postaci. Gdy starzec Jan mówi do nowego imperatora, że skoro chce dać ludziom to, co „nasz umiłowany Pan Jezus”, to niech w takim razie wyzna wiarę w boskość, mądrość Jezusa. Wówczas nowy cesarz ludzkości zmienia się na twarzy w jednej chwili – znika z niej pełen miłości uśmiech, z głębi jego serca unosi się dziki dławiący ryk z powtarzanym „Nigdy! Nigdy!”, twarz jego wykrzywia się potwornym grymasem, z ust toczy się piana, a oczy zachodzą krwią. Nowy imperator wzburzony prośbą starca Jana pozwala, by jego mag Apolloniusz zabił Jana piorunem. A kiedy poruszony tą zbrodnią papież Piotr II demaskuje nowego cesarza, wołając, że jest nie wybawcą, a „synem zatracenia”, jego również mag Apoloniusz uśmierca. Czyż nie jest to historia prorocza? Jakżeż wiele razy i dzisiaj powtarza się ona w histerycznych reakcjach na sacrum, na Boże Słowo, w pragnieniach opiłowywania katolików, obrazoburczych maskaradach „wolnego człowieka”, który występuje jako prokurator przeciwko Stwórcy.

Postępowy humanitaryzm Sołowiow widział jako mistyfikację całkowitą. Opisany przez niego Nadczłowiek jako przyszły władca świata nie jest potworem z otchłani, lecz czułym filantropem, pacyfistą, wegetarianinem, obrońcą uciśnionych. To ktoś, kto jest rozdawcą nadziei, bardzo wyczulony na wszelkie moralne „niegodziwości”. Nie ukazuje się innym jako ateista. On okrywa siebie płaszczem uduchowienia, przedstawia się jako ten, kto pragnie naśladować Jezusa – ale to siebie samego uważa za ostatecznego zbawiciela ludzkości, kogoś doskonalszego od Jezusa. Twierdzi, że Chrystus przyniósł ludziom podziały (miecz i krzyż), podczas gdy on przynosi im realny dobrobyt, komfort i zjednoczenie bez konieczności cierpienia. To wielki globalista, który dokonuje podmiany wartości, celów, które człowiek powinien urzeczywistniać. W jego przekonaniu nadrzędnym celem wysiłku ludzi powinien być powszechny dobrobyt w powszechnej równości. Zamiast duchowego zbawienia obiecuje socjalne bezpieczeństwo, wygodne życie, w którym jest bardzo dużo miejsca na światowe rozkosze. Okazuje się, że dla ludzi jest to bardzo kusząca namowa. Za cenę uniformizacji, wyrzeczenia się indywidualnego trudu kształtowania siebie są gotowi pójść za tym głosem. Moralność Antychrysta ludziom wydaje się olśniewająca, bowiem ogłasza on wielką amnestię dla wszystkiego, co chaotyczne, amorficzne, destrukcyjne i dotąd zepchnięte na margines przez instynkt samozachowawczy kultury. Deklarowana przez niego moralność jest dla wielu ludzi porywająca, ale, czego ci ludzie nie chcą zauważyć, jest pozbawiona prawdy o naturze człowieka, odkupieniu w twórczym, religijnym kształtowaniu duszy, transcendentnym powołaniu istoty ludzkiej. Nadczłowiek o tym w ogóle nie chce rozmawiać, za to wiele obiecuje, odwołując się do tego, co w człowieku słabe, niszczące i co odbiera siłę duchowego rozwoju. Progresywizm w przekonaniu W. Sołowjowa, to religia zastępcza, podróbka zbawienia, która proponuje ludziom powszechną miłość i chleb w zamian za wyrzeczenie się wolnej woli i prawdy metafizycznej, poniżenie tych, którzy przypominają o istnieniu obiektywnego porządku, prawdy i ludzkiej wolności.

Cynizm współczesnych lewicowych progresywistów polega i na tym, że wspierają się myślami, przeciwko którym w istocie występują, wyjmując z nich selektywnie to, co potem wykorzystują jako źródło własnych uzasadnień. Przykładem tego może być myśl filozoficzna Emmanuela Levinasa, tzw. filozofia Innego. Uważał on, że to etyka, a nie ontologia, jest „pierwszą filozofią”. W jego przekonaniu to relacja człowieka z drugim człowiekiem, oparta na bezinteresownej odpowiedzialności powinna przede wszystkim warunkować poznawanie świata i stanowić fundament człowieczeństwa. Istnieć to przede wszystkim spotykać się z ludźmi „twarzą w twarz”. To postrzegać drugiego człowieka, który poprzez swoje spojrzenie wzywa nas do odpowiedzialności, widzieć go jako kogoś, kto jest objawieniem człowieczeństwa, wrażliwości i śmiertelności, a nie głównie biologicznym tworem, którego wartość określana jest miarą biologicznych, egoistycznych potrzeb. Tym samym autentyczne spotkanie z drugim człowiekiem pozwala przekraczać nasze ograniczone możliwości poznawcze i otwiera nas na wymiar metafizyczny. Wyrywa ludzkie „ja” z jego drapieżnego samozadowolenia, czyniąc człowieka bezwarunkowo odpowiedzialnym za bliźniego. Dla E. Levinasa twarz Innego niosła całkowity, podstawowy i przedracjonalny zakaz: „Nie zabijaj”. Progresywni uzdrowiciele świata często swoje motywacje, przyczyny swoich zachowań tłumaczą tego rodzaju spojrzeniem na drugiego człowieka, tym samym eksponują humanitarny aspekt swoich dążeń, tkwiącą w nich humanistyczną wrażliwość, ukazują siebie jako siewców miłości. Ale jakże często widzimy, że ich „miłość” jest selektywna, odarta z transcendencji i wepchnięta w ideologiczne matryce, jak jest uwarunkowana tak naprawdę ich politycznymi zamiarami, które, gdy przejmują władzę, arbitralnie kodyfikują poprzez biurokratyczne rozstrzygnięcia, które dla jednych stają się arką Noego przybijającą do upragnionej ziemi, a dla innych wyrokiem skazującym na odebranie im świata, ich kultury, na niezasłużoną udrękę utraty bezpieczeństwa i czuciem się obcym we własnym świecie. I nic dziwnego, że potem słyszymy: „" To są biedni ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi". Tak, cóż za wzruszające, czułe słowa. Niechby ktoś śmiał się im sprzeciwić. Ale dobrze wiemy, co tak naprawdę za nimi się kryje, że nie są one tak naprawdę echem filozofii Innego, ale narzędziem, które w istocie niszczy idee humanizmu.

Spotkanie z Innym, które u E. Levinasa rodziło pokorę i osobiste powołanie do miłości, w progresywnym laboratorium jest używane jako polityczny oręż zemsty z powodu przeżywanych resentymentów, jako bicz na tych, z którymi progresywistom nie po drodze. Nie jest wezwaniem do duchowej pracy, lecz staje się powodem do wytoczenia oskarżycielskiego procesu, którego celem ma być odebranie wartości tym, którzy są postrzegani jako polityczni wrogowie, jako konkurenci w dążeniu do władzy. Tym samym autentyczna Twarz Innego zostaje unieważniona, przestaje mieć znaczenie Jeśli nie pasuje do z góry zarysowanego szablonu ofiary, zostaje bezlitośnie zmiażdżona przez tryby unijnej gilotyny.

Zjawiska, z którymi mamy do czynienia w dzisiejszej Europie, w bardzo wysokim stopniu wynikają z wszechobecnego lewicowego progresywizmu. Jego propagatorzy i wielbiciele to ktoś, kto sam rozdarł materiał i teraz próbuje go jakoś cerować. Ale zjawiska te to głównie tragiczne zdarzenia, bowiem pod ich maską powszechnej miłości, troski o innych skrywa się tyrania władzy, uśmiercanie duszy, demoniczna wola władzy nad ludzkimi sumieniami i próba podmiany w człowieku iskry Bożej iskrą, od której ma zgorzeć to, co metafizyczne i transcendentne, co jest mądrością zdobywaną przez tradycję.



"Pisz piórem, kochany Francesco. Słowa pisane mieczem nie są trwałe. Pióro i zeszyt to prawdziwe fundamenty prawdziwego mocarstwa." Bolesław Miciński

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo