Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
487 obserwujących
704 notki
4003k odsłony
  6120   15

Węgry po stronie Węgier. Po czyjej Polska?

Być może Orbán źle identyfikuje węgierski interes. Zobaczymy. Jednak swoim wyborcom mówi coś, czego ani razu nie usłyszałem od polskich polityków: to wy jesteście najważniejsi. Liczą się przede wszystkim wasze bezpieczeństwo i wasza pomyślność.

Jak to się zabawnie plecie. W prorządowym komentariacie jeszcze niedawno Joe Biden był starym, stetryczałym dziadem, niezdającym sobie nawet sprawy, gdzie się aktualnie znajduje. Viktor Orbán natomiast był wypróbowanym przyjacielem Polski, podziwianym i stawianym za wzór. Jak jednak powiedział w „Misiu” reżyser Zagajny, spoglądając w niejakim zamyśleniu na siedzącego na gruszy kota, który miał udawać zająca: „Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi: »Prasłowiańska grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera«”.

Prawda ekranu się właśnie zmieniła. Teraz prawicowy komentariat zamilkł na temat psychofizycznej sprawności amerykańskiego przywódcy i zachwyca się jego zażyłymi relacjami z polskimi politykami obozu władzy, zaś Orbán wyrasta na wroga publicznego, zdrajcę i podnóżek Putina.

Można by powiedzieć, że nie ma w tym niczego niezwykłego. Przecież okoliczności się zmieniają, zmieniać się też mogą sojusze, a tym bardziej priorytety tychże bez zmiany zasadniczych kierunków. Sprawy, które w agendzie ideologicznej Waszyngtonu w początkowym okresie prezydentury Bidena grały istotną rolę w relacjach z Polską, teraz, wobec wyzwania strategicznego, jakim dla USA stała się wojna na Ukrainie, odeszły na dalszy plan. Stało się tak również ze względu na subtelne, ale jednak dość wyraźnie widoczne rozróżnienie, jakie Amerykanie zaczęli robić pomiędzy członkami polskiego obozu władzy. Głównym partnerem stał się dla nich – ze względu również na swój sprzeciw przeciwko sekowaniu TVN – prezydent Andrzej Duda, podczas gdy krąg Jarosława Kaczyńskiego został zepchnięty na margines. Nieobecność prezesa PiS w kluczowych momentach wizyty amerykańskiego prezydenta nie jest rzecz jasna przypadkowa, niezależnie od tego, jak bardzo kierownictwo partii chciałoby nam to wmawiać.

Z kolei różnice, jakie dzieliły Polskę pod rządami PiS oraz Węgry pod rządami Fideszu, dotyczące przede wszystkim relacji z Moskwą, nie miały aż takiego znaczenia, dopóki nie wybuchł konflikt na Ukrainie. Teraz drogi rozeszły się już bardzo wyraźnie. Stanowisko Orbána jest jednoznacznie wstrzemięźliwe, podczas gdy Polska postanowiła być prymusem w pomocy Ukrainie i uderzaniu w Rosję (a prymusem być nie musimy, o czym pisałem niedawno w Salonie24).

Tak to wygląda z punktu widzenia chłodnej analizy sytuacji. Pojawiły się nowe okoliczności, poszczególne czynniki zmieniły swoją wagę, uwydatniły się niektóre interesy, inne zeszły na plan dalszy.

Nawiasem mówiąc, zawieszone w powietrzu trwa pytanie o dalszy ciąg ideowego sojuszu mającego stanowić zaczątek konserwatywnego przekształcania UE, zainicjowanego przez PiS, w którym Węgry grały zasadniczą rolę, wspólnie zresztą z politykami z Zachodu, których prorosyjski sentyment stał się wyraźniejszy na wojennym tle i dzisiaj stanowi już dla PiS poważny problem. Być może w umysłach kierownictwa państwa rodzi się teraz jakaś alternatywna koncepcja, w ramach której Polska opiera się w swoich działaniach i w umacnianiu unijnej pozycji już nie na wspomnianym sojuszu, ale na zmianie układu strategicznego w szerszym planie i oparciu się przede wszystkim na relacji z USA, nawet przy administracji, na którą początkowo rząd w Warszawie wydawał się dziecinnie obrażony.

Problem w tym, że obie te relacje – i ta z Węgrami, i ta z USA pod rządami Joego Bidena – nie były w sferze publicznej przedstawiane przez rządzących ani przez bliskie im media w chłodny sposób, uwzględniający i wspólne, i rozbieżne interesy. Dlatego obecny zwrot wygląda komicznie, nawet groteskowo. Polska polityka jest naznaczona dziecinnymi emocjami i tak samo prezentowano te dwa kierunki. W przypadku Węgier była to dozgonna i bezwarunkowa przyjaźń, „Budapeszt w Warszawie”, podziw dla Orbána, wyjazdy klubów „Gazety Polskiej” na Węgry (rozumiem, że następne się już nie odbędą?), a przy tym całkowite lekceważenie postępującej rządowej monopolizacji mediów na Węgrzech, tworzenia kasty własnych oligarchów czy wspomnianych rozbieżności w sprawie stosunku do Rosji.

W przypadku prezydenta Bidena był pielęgnowany miesiącami zawód z powodu porażki Donalda Trumpa oraz dziesiątki złośliwych komentarzy prorządowych dziennikarzy i materiałów w „Wiadomościach”, pokazujących głównego lokatora Białego Domu jako stetryczałego staruszeczka, który znalazł się na swoim obecnym miejscu w zasadzie przypadkiem. I nagle okazuje się, że to wielki przywódca wolnego świata, który przyjechał do Polski przychylić nam nieba, zapewniać o dozgonnej przyjaźni i którego poklepanie nas po plecach ma większą wartość niż bateria „Patriotów”.

To oczywiście również groteska. Prezydent Biden, owszem, nabrał pewnego wigoru, ale to wciąż ten sam polityk, zaś Stany Zjednoczone realizują swój interes. Zawsze swój – nie czyjś inny, choćby nie wiem jak płomiennymi słowami przemawiali w Warszawie Donald Trump czy Joe Biden.

Lubię to! Skomentuj201 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka