Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
4418
BLOG

Sprowokować Jarosława Kaczyńskiego

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha PiS Obserwuj temat Obserwuj notkę 91
Wieniec z napisem, oskarżającym Lecha Kaczyńskiego o sprawstwo katastrofy smoleńskiej, był wulgarną prowokacją. Reakcja prezesa PiS była całkowicie zrozumiała. Miarą upadku życia publicznego jest, że niektórzy takie prowokacje nie tylko usprawiedliwiają, ale nawet pochwalają.


Próba ukarania Jarosława Kaczyńskiego za „zniszczenie i kradzież” wieńca, złożonego przez obrzydliwego prowokatora pod pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej, nie ma nic wspólnego z równością wobec prawa. To zagranie najczyściej polityczne – w pejoratywnym sensie tego słowa.

Prowokator wielokrotnie już składał po pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej wieniec z tym samym napisem: „Pamięci 95 ofiar Lecha Kaczyńskiego, który, ignorując wszelkie procedury, nakazał pilotom lądować w Smoleńsku w skrajnie trudnych warunkach”. To brutalne oszczerstwo wobec zmarłej tragicznie głowy państwa. Żadne znane fakty nie potwierdzają tezy, że to Lech Kaczyński winny jest katastrofy, a tym bardziej, że nakazał lądowanie w Smoleńsku. Obarczenie go winą za śmierć pozostałych osób, obecnych na pokładzie maszyny, jest zatem jedynie wyrazem najczyściej politycznej emocji autora tego napisu.

Autor swoistego happeningu politycznego należy do specyficznej grupy aktywistów wcześniejszej opozycji, takich jak Komitet Obrony Demokracji czy Lotna Brygada Opozycji. To ludzie nastawieni na generowanie konfliktu, posługujący się agresywnymi środkami wyrazu, kompletnie politycznie sfanatyzowani – zwykli polityczni chuligani. Taka działalność, po którejkolwiek stronie sporu, powinna być piętnowana niezależnie od naszych własnych politycznych sympatii – dla przyzwoitości i zachowania jako takiego poziomu sfery publicznej.

Reakcja Jarosława Kaczyńskiego na wieniec z po chamsku prowokacyjnym napisem była taka, jaka zapewne byłaby w tych okolicznościach reakcja każdego z nas, kto w katastrofie straciłby bliską nam osobę, a ktoś bezpodstawnie oskarżyłby ją o spowodowanie tej katastrofy. W jego oczach zachowanie prowokatora miało tę samą rangę co naplucie czy narzyganie na grób czyjegoś bliskiego krewnego (pomnik jest miejscem pamięci wszystkim ofiar, a więc również Lecha Kaczyńskiego).

Problem z reakcją wielu osób na tę sytuację jest dwojaki. Po pierwsze – nie umieją oddzielić prywatnego aspektu tej sytuacji od swoich ocen politycznych. Mówiąc inaczej – nie umieją zobaczyć w Jarosławie Kaczyńskim człowieka, który stracił w tragicznych okolicznościach najbliższego mu człowieka. Po drugie – są gotowi zaakceptować barbarzyńskie metody działania wobec politycznego przeciwnika, ale oburzy ich najdrobniejsze wykroczenie przeciwko swoim.

Gdy idzie o tę pierwszą kwestię – dla ludzi w ten sposób rozumujących ten tekst będzie zapewne „obroną Jarosława Kaczyńskiego”. To właśnie kompletne nieporozumienie. Nie idzie tu bowiem o jakąkolwiek obronę prezesa PiS, ale to kwestię fundamentalnych zasad. Jarosława Kaczyńskiego uważam, zwłaszcza w ostatnich latach, za osobę mającą olbrzymi destruktywny wpływ na polską politykę. Część tego wpływu można zapewne tłumaczyć również osobistym podejściem do katastrofy smoleńskiej. Lansowany przez prezesa PiS po 24 lutego 2022 r. już całkiem otwarcie pogląd, że za katastrofą smoleńską stoją Rosjanie, uznaję za kompletnie bezzasadny. Wykluczyć tego całkowicie nie można, ale też nie zostało to w żaden sposób dowiedzione. Nijak nie wynika to automatycznie z faktu, że Rosja zaatakowała Ukrainę – a takie właśnie iunctim, jak się zdaje, stara się tworzyć pan prezes. Można nawet postawić hipotezę, że niektóre poczynania po wybuchu gorącej wojny na Ukrainie ponad dwa lata temu były spowodowane właśnie osobistymi urazami lidera PiS.

Z pewnością od polityka można oczekiwać oddzielenia jego prywatnych uczuć od realizowanej w imieniu państwa polityki. Nie ma pewności, że Jarosławowi Kaczyńskiemu się to udawało – i to nie tylko w przypadku katastrofy smoleńskiej. Nie jest w tym jednak odosobniony – podobne podejrzenia można mieć w stosunku do jego największego rywala, Donalda Tuska. Obu starszych panów napędza wzajemna, całkiem prywatna animozja.

Tyle że w kwietniu tego roku Jarosław Kaczyński pod pomnikiem smoleńskim występował nie jako przywódca partii rządzącej. Uderzono w niego jako w człowieka – z pełną premedytacją. Można pana prezesa krytykować za jego działania i decyzje, także te dotyczące pośrednio katastrofy, ale to, co się wydarzyło, nie jest żadną krytyką. Jest ordynarnym targnięciem najczulszej osobistej struny.

Reakcja Jarosława Kaczyńskiego była nie tylko zrozumiała. Była też słuszna, nawet jeśli formalnie stanowiła wykroczenie. Są okoliczności, w których reakcja etycznie uzasadniona jednocześnie narusza prawo. Dramatem jest natomiast to, że w ramach kalizmu – najbardziej rozpowszechnionej doktryny politycznej w naszym kraju – przedstawiciele plemion gotowi są usprawiedliwiać zachowania skrajnie prowokacyjne także wówczas, gdy dotykają one sfery najbardziej prywatnej. Te same osoby, które dzisiaj domagają się przykładnego ukarania prezesa PiS, gotowe byłyby rozszarpać za polityczne rozgrywanie samobójstwa dziecka pani poseł Filiks. Jednocześnie w przypadku PiS i Jarosława Kaczyńskiego mówią o „robieniu polityki na trupach”, podczas gdy nie dostrzegają takich działań w przypadku zabójstwa Pawła Adamowicza i tego, jak Platforma Obywatelska postanowiła zrobić ze zmarłego tragicznie prezydenta Gdańska swojego świętego. To oczywisty skutek postępującej dehumanizacji politycznych oponentów, którą uprawiają obie strony, aczkolwiek większą w tym względzie zaciekłość dostrzegam wśród twardego elektoratu Koalicji Obywatelskiej.

To zresztą ciekawe zjawisko. O ile twardy elektorat PiS jest, owszem, fanatyczny, ale ten fanatyzm jest „pozytywny” – jest to fanatyzm propisowski, to twardy elektorat Koalicji Obywatelskiej jest fanatycznie negatywny – antypisowski i to jest jego główna motywacja. Nie tyle chodzi w tym drugim przypadku o zbudowanie czegokolwiek – nie ma tu żadnej wizji – ale o zniszczenie oponenta.

Polska polityka staje się z każdym rokiem coraz brutalniejsza, agresywniejsza i bardziej wulgarna, także dosłownie (przypominam, że hasło strajku kobiet na „w” zostało oficjalnie uznane przez salon za zasadne i dopuszczalne w publicznych dyskusjach). Odruch prezesa PiS wobec odrażającego prowokatora był rozpaczliwą i czczą próbą przywrócenia normalnych zasad. Szkoda, że musi się to dzisiaj wiązać z naruszeniem prawa.


Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka