Polityka to teatr - to truizm. Obrażanie się na to byłoby nierozsądne. Bywa jednak, że aktorzy grają tak fatalnie, że wszystko zmienia się w kiepską farsę, a widzowie mają poczucie, że występujący mają ich za ostatnich debili, którym można pokazać każdą bzdurę, a oni się zachwycą i zaczną posłusznie klaskać. Niestety, w wielu przypadkach klaszczą faktycznie.
Taką farsę wystawiały przez ostatnie kilka dni PiS i LPR przy okazji powoływania Sławomira Skrzypka na szefa NBP.
Sama kandydatura Skrzypka nie wyznaczyła żadnego nowego standardu ani nie była przekroczeniem jakiegoś progu. Potwierdziła tylko to, co już wiadomo: że warunkiem stworzenia IV RP jest, zdaniem Braci, „odzyskanie" państwa, co oznacza w praktyce obsadzenie wszystkich możliwych stanowisk zaufanymi towarzyszami oraz że nie ma mowy o żadnych nowych, lepszych standardach w wykonaniu PiS, które w sferze politycznej pragmatyki mogłoby śmiało iść w zawody z SLD. Można by tu jeszcze dorzucić ileś innych konstatacji (najlepszy kandydat na ważne stanowisko to ten, którego nikt nie poleca; pan prezydent nie ma pojęcia o gospodarce i finansach itd.), ale powtarzanie tej wyliczanki trzy razy w tygodniu nie ma sensu.
Okoliczności same w sobie też nie były nadzwyczajne. System polityczny w Polsce jest tak skonstruowany, że nie tylko umożliwia, ale wręcz zachęca do najrozmaitszych targów politycznych, z czego zresztą skwapliwie korzystali także ci, co dzisiaj najgłośniej się oburzają. Dodajmy tylko, że i tutaj PiS-owi na zmianach nie zależy. Bezkrytyczni zwolennicy obecnej władzy znajdą oczywiście sto usprawiedliwień, z których najoczywistsze jest to, że gdy za partnerów w rządzie ma się totalnych cyników, wiszących na krawędzi progu wyborczego (albo już spadających w otchłań wyborczego niebytu), trzeba im coś przehandlowywać co jakiś czas.
Tylko, że pozwolę sobie przypomnieć, miało być inaczej. Miała nastąpić moralna odnowa polskiej polityki. Kiedy to piszę, jest mi aż wstyd, że kiedykolwiek byłem tak naiwny, żeby w to choćby przez chwilę wierzyć (a przez chwilę wierzyłem, dając Braciom kredyt zaufania, który szybciutko wyczerpali, na dodatek potężnie się zadłużając).
Nie jestem więc tym wszystkim jakoś specjalnie oburzony, zaskoczony, przerażony. Wystarczy mi jedna konstatacja: PiS do żadnego przełomu w standardach nie doprowadził i nie doprowadzi, a politykę uprawia w dokładnie takim samym stylu, jak wszyscy przed nim.
W strategii Jarosława Kaczyńskiego tkwi bowiem podstawowy błąd, moim zdaniem widoczny już od dawna. Jest nim założenie, że aby przeprowadzić sanację - a zatem także ową odnowę moralną - trzeba najpierw stworzyć do tego odpowiednie warunki, polegające m.in. na zyskaniu pełnej swobody ruchów. Tylko że w polityce takiej swobody nie ma się nigdy, a to oznacza, że Jarosław Kaczyński goni horyzont, idąc na coraz to nowe kompromisy. Skutek może być tylko jeden: zostawi kraj w stanie takim samym albo i gorszym, niż go zastał, bo horyzontu oczywiście nie dogoni, ale co po drodze napsuje, to nasze.
I tu wracam do początku wywodu: wszystko to mógłbym znieść, bo to konstatacje smutne, ale od jakiegoś czasu oczywiste. Nie mogę natomiast zdzierżyć, gdy kilku porażająco kiepskich aktorów wmawia mi, że ewidentny polityczny handel jest czystym zbiegiem okoliczności.
Odgrywać polityczną farsę można także z wdziękiem. Mistrzowie takiej gry są na lewicy. Kto słuchał sejmowych mów Piotra Gadzinowskiego albo Joanny Senyszyn, wie, o co mi chodzi. Niestety, w deklaracjach Romana Giertycha, Marka Kuchcińskiego czy premiera Kaczyńskiego nie było wdzięku za grosz. One były jak słynne, pogardliwe stwierdzenie Jacka Kurskiego, że „ciemny lud to kupi". Myśmy się tu dogadali, ciężko było, ale ostro zahandlowaliśmy, ale wam, debile obywatele, musimy na odczepnego rzucić kilka frazesów, że to wszystko dla Polski i takie tam bzdury.
W takich sytuacjach znacznie bardziej wolę Andrzeja Leppera, który przynajmniej mówi szczerze: jesteśmy w koalicji, popieramy PiS, więc należy nam się to, i to, i to. To jest brutalna, cepowata, chamska szczerość, ale przynajmniej szczerość, a nie odgrywany na odczepnego, byle jak kretyński teatr.
I w tym kontekście pojawia się sprawa deubekizacji. Generalnie zgoda. Skandalem są zwłaszcza komfortowe warunki życia na emeryturze ubeckich weteranów. Nad ograniczeniem ich prawa do zajmowania stanowisk też można pomyśleć. Uznanie SB - przez wiele lat formalnie nielegalnej! - za organizację przestępczą też nie budzi moich wątpliwości.
Ale kontekst, w jakim się ta sprawa pojawia, powoduje, że trudno mi się z tego cieszyć i nie chce mi się nawet o tym pisać. Tego typu propozycje powinny być jedynie uzupełnieniem prawdziwej, instytucjonalnej sanacji państwa i systemu politycznego, a stają się, siłą rzeczy, centrum rządów PiS-u. Bo poza nimi w sferze twardych konkretów niewiele się dzieje, ponieważ (to za Janem Rokitą z wywiadu, który powinien się ukazać w „Fakcie" w sobotę) większość energii liderzy PiS poświęcają na przekonywanie, że ludzie o kiepskiej reputacji, z którymi się związali, wcale nimi nie są. I żeby przynajmniej przekonywali elegancko i skutecznie...
Kiepscy aktorzy, fatalne przedstawienie. Rzucam pomidorem i wychodzę.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)