No i wygląda na to, że sprawa Saryusz-Wolskiego została rozstrzygnięta. Niestety, w fatalnej atmosferze i w zły sposób.
Tusk od samego początku chciał wykorzystać okresową zmianę funkcji w PE do zmniejszenia znaczenia Saryusz-Wolskiego. Jeśli spojrzeć na sprawę w tym kontekście, rozważania o tym, która komisja jest ważniejsza, nie miały sensu od początku sensu. To nie obchodziło ani szefostwa PO, ani ludzi z PiS-u, przynajmniej tych, którzy w tej sprawie najgłośniej krzyczeli. Tuskowcom chodziło o wyizolowanie Saryusza, najgłośniejszym PiS-owcom o dokopanie Platformie. Tylko i wyłącznie. Kolejny raz między- i wewnątrz partyjne gierki okazały się ważniejsze niż jakiekolwiek merytoryczne przesłanki.
Europarlamentarzyści PiS, LPR i Samoobrony poparli Saryusza. Powody, dla których poszczególne osoby podpisały słynny list były na pewno według mnie różne. Michała Kamińskiego podejrzewam o całkowity i skończony cynizm. Kamiński jest w sprawach PE aktywny tylko o ile ma to jakieś przełożenie na politykę krajową, przy czym jego działania noszą zawsze znamiona agresywnego, wściekłego ataku na przeciwnika. Tak wściekłego, że jest to aż komiczne. Z kolei ludzie tacy jak Konrad Szymański czy Marcin Libicki chcieli zapewne poprzeć po prostu słuszną sprawę, choć mieli świadomość, że list zostanie wykorzystany także jako oręż w tutejszej walce. Mimo to mogli mieć początkowo nadzieję, że uda się dzięki niemu zwrócić uwagę na sytuację Saryusz-Wolskiego, po czym rozegrać sprawę odpowiednio subtelnie.
Tusk zawezwał przed swoje oblicze europosłów PO, w tym Lewandowskiego i Saryusz-Wolskiego. Zanim to się jednak stało, ze strony PiS zabrzmiały głosy coraz bardziej histeryczne, których ton nijak się nie miał do kalibru sprawy. W tym chórze Kuchciński ścigał się z Fotygą, a Fotyga z Kamińskim. Postulat powołania Saryusz-Wolskiego na szefa komisji spraw zagranicznych był słuszny i być może gdyby skończyło się na liście, sprawa mogłaby mieć inny finał. Jednak coraz bardziej absurdalne oskarżenia i histeryczne pokrzykiwania ze strony PiS stały się dla Saryusz-Wolskiego gwoździem do trumny. Kto chce przeczytać rzetelne wyjaśnienie, dlaczego wołanie o „narodowej zdradzie" było idiotyczne, tego odsyłam tutaj, na blog Krzysztofa Leskiego. Nie ma sensu, żebym powtarzał tu jego trafne i trzeźwe wywody.
Oczywiście - pierwotny zamiar Kamińskiego był także taki, żeby postawić kolejny krok na drodze do przejęcia Saryusz-Wolskiego przez PiS. I to także miałoby sens, pod warunkiem, że zostałoby zrobione z wyczuciem. Takie przejęcia urabia się przez wiele miesięcy, zwłaszcza jeśli przejmowany ma coś do stracenia, a jego sytuacja nie jest rozpaczliwa. Ponieważ jednak akcja medialna PiS-owców nabrała błyskawicznie subtelności pijanego słonia w składzie porcelany, Tuskowi zapewne łatwo przyszło wyegzekwowanie od swojego eurodeputowanego deklaracji lojalności. Dodatkowo został on spacyfikowany przydzielonym mu zadaniem negocjacyjnym. Rozmowa z Saryusz-Wolskim w dzisiejszej „GW" pokazuje, że został przywołany do szeregu.
Skutek negocjacji, jakie ma Saryusz-Wolski prowadzić, łatwo przewidzieć. Pakiet stanowisk, o którym mówił Tusk, nietrudno będzie uzyskać, ponieważ większość z nich nie ma dużego znaczenia. Mało kogo obchodzi delegacja ds. Białorusi, a stanowiska wiceprzewodniczących komisji nie mają większego znaczenia. To jest zwyczajne mydlenie oczu, żeby nie pozostawiać wrażenia, że rezygnacja z komisji spraw zagranicznych nie została drogo okupiona.
Przegranym już dzisiaj jest Jacek Saryusz-Wolski. A mnie będzie dręczyć pytanie, czy równie łatwo byłoby mu odsunąć Saryusz-Wolskiego, gdyby nie pomoc ogarniętych pseudopatriotycznym szałem PiS-owców.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)