Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
150
BLOG

Kraj ludzi pełnych godności

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 39

Kilka anegdot z ostatniego czasu.

Zamawiam z Komputroniku, dużym internetowym sklepie z elektroniką, mającym także własne salony, odtwarzacz mp3. Dostaję wiadomość, że odtwarzacz jest do odbioru w jednym z salonów. Odbieram, oglądam pudełko - wszystko wydaje się OK. W domu okazuje się, że brak zasilacza. Zaczynam więc dzwonić do salonu, żeby dowiedzieć się, czy zasilacz był, ale się zgubił, czy może nie było go od początku w pudełku i jak mogę wejść w jego posiadanie.

Po 20 minutach bezskutecznego oczekiwania, aż w salonie ktoś odbierze, zaczynam dzwonić na infolinię Komputronika. Po połączeniu z centralą, przełączam się automatycznie do działu handlowego. Kolejne 15 minut, skutek ten sam. W desperacji przełączam się wreszcie do jakiejś ogólnej operatorki. Tłumaczę, o co chodzi, a ona na to, że przełączy mnie do działu reklamacji. Kolejne trzy minuty ze słuchawką przy uchu i nic. Dzwonię znowu, tym razem od razu do centrali. Słyszę, żebym zadzwonił do sklepu. Tu już zaczynam być lekko poirytowany. Mówię, że dzwonię tam od niemal godziny. Na co pani powiada: „Bo tam jest salon i pracownicy są od obsługiwania klientów, a nie od odbierania telefonów". Wywiązuje się regularna awantura. Gdy proszę moją rozmówczynię o nazwisko, słyszę: „Nie podam panu, bo pan jest nieuprzejmy". Mam wrażenie, że po godzinie przy telefonie, próbując ustalić, gdzie jest towar, który mi się należy, miałem prawo być nieuprzejmy.

Zasilacz dotarł do salonu po pięciu dniach po interwencji u wiceprezesa Komputronika.

Kilka dni temu moja znajoma odbierała coś w innym salonie tej samej firmy. Widok zastała następujący: jeden pracownik ją obsługiwał, jeden wypisywał jakieś faktury, a dwóch siedziało przy komputerach, łażąc po Allegro i głośno wymieniając się uwagami. W tle dzwonił telefon, którego nikt nie kwapił się odebrać. Pewnie jakiś zdesperowany klient. Na podłodze zalegała naniesiona z ulicy breja, której nikt nie kwapił się sprzątnąć.

 

Dobre delikatesy „Piotr i Paweł". Podchodzę do kasy, w której siedzi młody mężczyzna, lat może 25. Mówię „dzień dobry". „Bmh" - słyszę w odpowiedzi. Pan zlicza towary, podaje sumę. Ja podaję kartę. Mówię: „Proszę". Tym razem odpowiada cisza. Wstukuję PIN, pan podaje mi kwity. Mówię: „Do widzenia". „Mhm" - odpowiada kasjer. Przez cały czas minę ma taką, jakby chciał mi powiedzieć, że niezmiernie go męczę. Albo jakby potwornie bolał go ząb.

 

Kinoteka w Pałacu Kultury. Podchodzę do kasy. W kasie młodzieniec lat około 20. Mówię „dzień dobry", podaję nazwisko, na jakie była robiona rezerwacja. Pan zaczyna szukać w komputerze, a w tym momencie dzwoni mój telefon. Odbieram. Dzwoni pani z gabinetu mojego dentysty, żeby umówić mnie na wizytę. Słyszę jednocześnie, że kasjer domaga się ode mnie złotówki. (To zresztą wyjątkowo irytujące. Ani w Anglii, ani we Francji, ani w Szwecji, ani w Niemczech, ani w Hiszpanii - nigdzie sprzedawcy nie żądają od kupujących tzw. końcówki. W Polsce okazuje się, że bez tego nie da się handlować. Tego idiotycznego obyczaju nie uświadczy się tylko w fast foodach, działających w ramach amerykańskiej licencji.) Pokazuję kasjerowi na migi, że nie mam drobnych. Kasjer zaczyna do mnie coś mówić, choć widzi, że staram się skończyć rozmowę przez telefon. Dostaję bilet, odbieram pieniądze, rozłączam się i słyszę: „Na przyszłość proszę, żeby pan nie rozmawiał przez telefon, jak pan kupuje bilet. Albo pan rozmawia przez telefon, albo ze mną". Informuję kasjera, że nie wydaje mi się, aby był właściwą osobą do udzielania mi lekcji dobrych manier. Kasjer się unosi: „To jest lekceważenie mojej osoby! Ja nie jestem zwykłym kasjerem!". „Tak? - pytam. - A kim pan jest? Oberkasjerem? A może zaczarowanym kasjerem?". Odchodzę od kasy, kasjer coś tam jeszcze za mną pokrzykuje.

 

Sklep obuwniczej firmy Wojas. W sklepie dwie znudzone młode sprzedawczynie. Pokazuję model buta i pytam, czy będzie 9. „A dziewiątka to jest ile?" - pyta mnie sprzedawczyni. „Nie wiem - odpowiadam spokojnie. - To chyba pani powinna wiedzieć". „No to nie wie pan, jaki pan ma numer buta?" - z wyraźnym zniecierpliwieniem odpowiada sprzedawczyni. „Wiem - ja na to. - Dziewiątka. A pani powinna znać przeliczniki". „Ja nie wiem, ile to jest dziewiątka" - oznajmia sprzedawczyni i uznaje rozmowę za zakończoną.

 

Przypominam sobie swój listopadowy pobyt w Stanach, gdzie każdy, kogo napotkałem - obojętnie: kierowca, recepcjonista, pan w informacji w centrum handlowym, szatniarz, kelner, sprzedawca w sklepie - sprawiał, że czułem się, jakbym był dla niego najważniejszy na świecie, jakby bardzo mnie lubił i koniecznie chciał mi pomóc. I faktycznie pomagał. Ale to był objaw. Faktyczna różnica leżała w tym, że tam ludzie, niezależnie od roli, jaka im przypadła, wydawali się nie mieć kompleksów.

W naszym kraju natomiast niemal każdy - a im pośledniejsza jego funkcja, tym jest to wyraźniejsze - wydaje się mieć gigantyczne pretensje do świata i wszystkich dookoła, że musi robić to, co robi, że nie jest premierem, ministrem, a co najmniej posłem albo telewizyjną gwiazdą. Jest to wielka niesprawiedliwość losu i wszyscy powinni o tym wiedzieć, a jeśli nie wiedzą, to trzeba im to uświadomić.

Stąd ledwo bąkający kasjer sklepie, stąd kasjer w kinie, pokrzykujący o swojej godności, stąd wszystkie te naburmuszone panie sklepowe, złośliwi urzędnicy, wyżywający się na swoim kawałku podłogi czy fachowcy jak ze słynnego skeczu „Dudka".

Nie ma niemal dnia, żebym nie natknął się na scenę jak z „Misia", „Nie ma róży bez ognia" albo „Alternatywy 4". Najciekawsze, że uczestnicy tych scen mają zwykle tyle lat, że Peerelu nie mogą pamiętać, choćby się bardzo uparli. I to jest w tym wszystkim najbardziej niepokojące.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj39 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (39)

Inne tematy w dziale Polityka