Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
67
BLOG

State of the Union, czyli wspaniały teatr

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 13

Zdarza się, że niektórzy zarzucają mi bezrefleksyjne zapatrzenie w Amerykę. Całkowity błąd. Ameryka nie jest dla mnie żadną ziemią obiecaną, Amerykanie mają mnóstwo wad, zaś administrację Busha uważam za wyjątkowo nieudolną.

To jednak nie zmienia faktu, że potrafię docenić to, co w USA godne naśladowania. Jedną z tych rzeczy jest porażający wręcz profesjonalizm machiny politycznej (pisałem o tym w listopadzie, gdy przyglądałem się wyborom do Kongresu) i wizerunkowej.

23 stycznia George Bush wygłosił po raz kolejny przed połączonymi izbami State of the Union Address. Nie chcę tu analizować jego przemówienia pod względem merytorycznym (choć przy okazji warto zauważyć, że temat wojny z terroryzmem pojawia się dopiero w drugiej części, a o generalnej polityce zagranicznej tym razem nie ma w zasadzie ani słowa). Proszę zwrócić uwagę na ostatnie pięć akapitów lub jeszcze lepiej odtworzyć sobie nagranie mniej więcej od 42. minuty. Prezydent przywołał tam cztery przykłady zwykłych Amerykanów, którzy czymś się wyróżnili.

Czarny Kongijczyk przyjechał do USA na studia medyczne, a został gwiazdą NBA. Dostał obywatelstwo, zaś z zarobionych pieniędzy zbudował w swojej wiosce w Afryce szpital.

Biała kobieta we własnej piwnicy rozkręciła biznes, który przynosi dzisiaj 200 mln dolarów rocznie. Ona sama produkuje społecznie filmy ostrzegające przed przemocą wobec dzieci.

Czarny nowojorczyk, ojciec dwóch córek, uratował w metrze człowieka, który spadł na tory przed jadącym pociągiem.

Biały sierżant odznaczył się wyjątkową odwagą w Iraku.

Wszystkie te osoby zasiadły 23 stycznia na galerii w budynku Kongresu. O wszystkich prezydent krótko opowiedział. Wszystkie zostały nagrodzone owacją na stojąco. Przesłanie prezydenta jest następujące: oto wspaniały naród, który wydaje lub przyjmuje do siebie ludzi niby zwyczajnych, a potrafiących tak wiele z siebie dać, gdy pojawi się potrzeba.

Że to teatr? Ależ oczywiście. Ale proszę uczciwie powiedzieć: czy można nie poczuć jakiegoś poruszenia, gdy prezydent najpotężniejszego państwa świata opowiada o czynach swoich obywateli w taki sposób, przedstawia ich, pokazuje jako przykłady wrodzonych amerykańskich cnót?

Na te pięć akapitów State of the Union pracował oczywiście sztab ludzi. Trzeba było wytypować zapewne kilka tysięcy ciekawych historii, zdecydować, które się nadają, wybrać z tego kilkaset albo kilkadziesiąt, skontaktować się z tymi ludźmi, sprawdzić ich dokładnie (chwalony przez prezydenta obywatel nie może się przecież okazać byłym sutenerem, narkomanem albo nielegalnym imigrantem), z tej puli wybrać wreszcie kilkoro - przestrzegając kryteriów etnicznych i płciowych - którzy dostąpią zaszczytu spotkania z prezydentem i będą przez niego przywołani w exposé, przygotować ich do tego, zaprosić do Waszyngtonu i urządzić pobyt tak, żeby im niczego nie brakowało.

Ale końcowy efekt jest uderzający. 95 proc. widowni ma zapewne poczucie pełnej spontaniczności - i w jakiejś mierze tak jest, bo ci ludzie to faktycznie zwykli Amerykanie, tyle że starannie dobrani. Cel zostaje osiągnięty: the Nation is rallied, naród zbiera się pod sztandarem, dumny i pewny siebie. Gdy prezydent mówi o tych ludziach, nie ma różnic między republikanami i demokratami: oto córki i synowie Ameryki, zwykli, a zarazem tak wspaniali.

Skoro więc jest to teatr, to perfekcyjnie wyreżyserowany i zorganizowany.

Czym zatem są podobne wystąpienia polskich polityków? Jeśli State of the Union to, powiedzmy, La Scala albo Metropolitan Opera, to exposé polskiego premiera jest podwórkowym teatrzykiem. Z pomyłkami i błędami, z pokrzykującą opozycją, wygłaszane często fatalną, urzędniczą polszczyzną, nie tylko zwykle nie wzbudza żadnego poczucia dumy, nikogo nie jednoczy, a tylko podsyca wzajemne zajadłości i pretensje.

Zastanawiam się, czemu żaden polski szef rządu nie sprowadził do Sejmu kogoś, o kim mógłby opowiedzieć tak, jak Bush opowiedział o tamtym czworgu Amerykanów. Przynajmniej ja sobie takiego exposé nie przypominam. Jeśli się mylę, proszę mnie skorygować.

Czy nie byłby dobrym kandydatem np. piekarz Gronowski z Legnicy, wykończony przez urząd skarbowy?

 

Jest dziś z nami pan Gronowski, który pokazał, że wbrew przeciwnościom i bezduszności urzędników, można się dzielić z biednymi i potrzebującymi. Tak jak robi to wielu Polaków na co dzień, skromnie i bez rozgłosu. Firma pana Gronowskiego zbankrutowała, bo za swoją dobroczynność został ukarany przez urząd skarbowy. Urząd realizował bezduszne i złe przepisy. Te przepisy trzeba zmienić i to będzie pierwszy projekt, jaki mój rząd wniesie do Sejmu. Mam nadzieję, że  w tej słusznej sprawie mogę liczyć na poparcie opozycji.

 

Wszyscy wstają, wszyscy biją brawo bohaterskiemu filantropowi, rządowi lecą punkty, a opozycji nie wypada się odciąć od słusznej sprawy. Widzowie są dumni: my, Polacy, potrafimy sobie pomagać.

To oczywiście tylko próbka, a ja na szczęście nie byłem, nie jestem i nie będę speech writerem żadnego premiera.

Tu zresztą żaden spec od przemówień czy wizerunku nie pomoże. Nasza polityka będzie rozpaczliwie przaśna, póki nie nastąpi kompletna zmiana pokoleniowa. A nawet wtedy nie byłbym pewien, czy coś się zmieni.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj13 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (13)

Inne tematy w dziale Polityka