Wczoraj w „Sygnałach Dnia" Asia Lichocka spytała mnie, co wyniknie z afery ze skupem mięsa - czy koalicja się rozpadnie? Odpowiedziałem, że nic nie wyniknie, bo znowu jesteśmy w Dniu Świstaka. I miałem rację.
Andrzej Lepper i Jarosław Kaczyński odegrali właśnie kolejny epizod tegoż Dnia Świstaka. Wieje od tego nudą na kilometr i zachodzę w głowę, kogo jeszcze mogą te teatralne występy mamić. Kogoś pewnie mamią, ale zdaje się, że to także druga natura naszej politycznej elyty. Oni po prostu muszą odstawiać ten teatrzyk, bo wydaje im się, że jeśli przestaną, to gmach państwa runie.
Przy czym kontredanse Leppera i premiera biją już rekordy powtarzalności. Oczywiście skutkiem większości z nich jest jednak jakaś drobna zmiana, najczęściej polegająca na urwaniu dla jakiejś grupy interesu - w tym wypadku rolników - kolejnego połcia z publicznej kasy. Mimo to wrażenie chocholego tańca jest przemożne.
Biorą w nim udział zresztą i inni. Donald Tusk odtańcowuje swoją partię potępień dla wszystkiego, co robi PiS-owski rząd, Jan Rokita jednocześnie występuje z Platformy i w niej pozostaje, a Olejniczak recenzuje wszystko z pozycji najwyższego autorytetu moralnego. I tak codziennie, da capo al fine.
Elementem Dnia Świstaka oraz chocholego tańca jest kolejny akt farsy pt. „Znaleźć coś dla Kazika". Akt, o ile mnie pamięć nie myli, CDLVI. W zamieszaniu, jakie się w tej sprawie ostatnio pojawiło, najmniej ważni są oczywiście klienci państwowego banku. Nie warto nawet wnikać w to, co sprawiło, że Kazik najpierw miał zostać prezesem, potem nie miał, potem znowu chyba miał, a teraz znowu chyba nie ma. (Osobiście przekonuje mnie hipoteza, że rada nadzorcza i premier obawiali się werdyktu Komisji Nadzoru Bankowego.) Konkluzja jest jedna i oczywista: póki będą istnieć państwowe firmy, póty będą się wokół nich rozgrywać takie jaja, obojętnie, kto będzie rządził. Bo że rządy PiS żadnej nowej jakości tu nie wnoszą, to już od dawna jest jasne i sam o tym wiele razy pisałem.
Dziwi mnie w tej akurat sprawie to, że sam Marcinkiewicz wykazał się tak kompletnym brakiem instynktu i dał się wmanewrować - albo też sam się wmanewrował - w sytuację, z której nie ma szans wyjść wygrany. Jego upór w dążeniu do obsadzenia mało eksponowanego (z punktu widzenia celów ambitnego polityka) stanowiska, przypadającego ewidentnie z politycznego nadziału, zaczynam interpretować jako polityczną głupotę. Naprawdę, można sobie wyobrazić całe mnóstwo znacznie korzystniejszych miejsc, gdzie Marcinkiewiczowi łatwiej byłoby się wypowiadać, pozostać w bieżącej polityce, recenzować, oceniać, samemu ocenianym nie będąc. Nie muszę dodawać, że przesunięcie Kazimierza „na odcinek" Lotosu byłoby farsą farsy.
I tak się wszyscy co rano budzimy znowu w Dniu Świstaka. Wszyscy krążą w chocholim tańcu i wyrwać ich z tego nie sposób.
Nic nie słysom, nie słysom,
Ino granie, ino granie,
Jakieś ich chyciło spanie...?!
Oj, chyciło, i szybko się chyba nie obudzą.
**********
Sprawę Simona Mola, ikony politycznej poprawności, o którym pisałem już tutaj, w pięknym stylu zgłębia dzisiaj „Rzeczpospolita". Okazuje się, że ulubieniec postępowych kręgów nie tylko zarażał HIV na prawo i lewo, ale jeszcze, zdaje się, był naciągaczem i oszustem. I oczywiście wszystkich, którzy mieli zastrzeżenia, walił po łbie pałą politycznej poprawności, przy wydatnej współpracy „Gazety Wyborczej".
Najzabawniejsza w tekście w „Rz" jest wypowiedź zirytowanego zawodowego antyfaszysty Rafała Pankowskiego, który wydatnie przyczynił się do powstania legendy Mola, przyznając mu tytuł „antyfaszysty roku". Dzisiaj Pankowski nie rozumie, czemu ktoś oczekuje od niego jakiegoś komentarza. Boi się, że mógłby wyjść na rasistę?


Komentarze
Pokaż komentarze (22)