Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
138
BLOG

O względności

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 140

Mija rok od czasu, gdy urząd po Kazimierzu Marcinkiewiczu przejął Jarosław Kaczyński. Uderza mnie po tym czasie specyficzne osiągnięcie PiS-u: dorobienie się kasty bezkrytycznych wielbicieli. Samo w sobie nie jest to oczywiście dziwne. Takich ma i Samoobrona, i LPR, i Platforma (choć chyba stosunkowo mało, co jest dla niej zresztą problemem, bo oni stanowią żelazny elektorat), i SLD. Ja jednak myślę o specyficznej grupie, z której przedstawicielami spotykam się co chwila tutaj, w Salonie 24.

W przeciwieństwie do fanów np. Andrzeja Leppera, to ludzie często o dużej wiedzy, niegłupi, zapewne na co dzień porządni i przedsiębiorczy. Co ciekawe, w dużej części - tutaj, w S24 - mieszkający poza krajem, za to przekonani o swoim mandacie do orzekania, co tu się dzieje dobrze, a co źle. W bronieniu swoich idolów nierzadko napastliwi i agresywni.

Jednak najważniejsze, że rozumują w specyficzny sposób, sprzeczny z normalnym, indukcyjnym sposobem dochodzenia do konkluzji. Punktem wyjścia nie są własne, szczegółowe poglądy na daną sprawę, konfrontowane następnie z tym, co się dzieje lub stać może, ale aprioryczne założenie, że PiS, a w szczególności bracia Kaczyńscy, mają rację i czynią dobrze dla kraju. Następnie argumentacja w danej sprawie i zajmowane stanowisko jest dostosowywane do tego założenia.

Oczywiście skutkiem takiego rozumowania jest konieczność podążania ścieżką dialektyki marksistowskiej, której naczelnym zadaniem było udowodnienie, że partia z definicji ma zawsze rację, choćby dziś mówiła coś całkiem odwrotnego niż wczoraj. Tak wpada się w pułapkę względności i doraźności.

Fani PiS nie mają ustalonej opinii na temat instytucji państwa, sposobów rozwiązywania jego problemów, określonych zagadnień. Ich jedyną opinią jest to, że PiS zawsze ze wszystkim poradzi sobie najlepiej. Czyli - nie dane rozwiązanie jest dobre albo złe, ale jest dobre, o ile realizuje je PiS lub złe, o ile robi to kto inny.

Taki sposób rozumowania przyjmuje jako milczące założenie, że istnieje grupa ludzi z definicji cnotliwych i nieomylnych lub prawie nieomylnych, i to oni, a nie merytoryczna słuszność jakichś działań lub ich niesłuszność, są punktem odniesienia dla wszelkich ocen. To założenie jest po prostu rodzajem quasi-religijnej wiary i być może stąd ten czasem wyjątkowo agresywny i napastliwy ton, w jakim wierzący reagują na krytykę obecnej władzy. Tak reaguje się na szarganie świętości, nie w dyskusji o problemach.

Dla przykładu: jeżeli za sprawą PiS powołuje się CBA, którego szefa mianuje sam premier, to jest to dobre, ponieważ dobry jest PiS, dobry jest premier i dobry z zasady jest człowiek, którego PiS robi szefem CBA. Jeżeli identyczną instytucję na identycznych zasadach powołałby Sejm z przewagą PO lub SLD, byłby to oczywiście zamach na demokrację i praworządność. Gdyby z już istniejącej instytucji, bez żadnej modyfikacji zasad jej działania, korzystał kto inny niż PiS, to także będzie zamach na demokrację i praworządność.

Jeżeli do Brukseli jedzie prezydent i jego protegowana, minister spraw zagranicznych, i tam, podczas obrad szczytu, rezygnują z możliwego do osiągnięcia ambitnego celu po to, żeby zgodzić się na rozwiązanie gorsze i tymczasowe, to jest to sukces, ponieważ pan prezydent z definicji osiąga sukcesy, a chwalona przez niego minister spraw zagranicznych jest z definicji najlepsza. Gdyby identycznie zachował się np. Donald Tusk jako prezydent i powiedzmy Stefan Meller jako minister spraw zagranicznych, byłaby to polityka robiona na kolanach, zdrada narodowa i wielka porażka.

I tak dalej, i tak dalej.

I dlatego z niecierpliwością czekam na zmianę warty. Nie żebym uważał rządy Braci za tak straszliwie nieszczęście, jak chcą to przedstawiać Jacek Żakowski czy komentatorzy „GW". Nie żebym wierzył, że dojście do władzy PO będzie stanowić jakościową zmianę - tu jestem całkiem pozbawiony złudzeń. Koalicję PO z LiD-em uznałbym za nieszczęście co najmniej równe obecnej koalicji.

Ale na jedno czekam z utęsknieniem. Nie mam wątpliwości, że następcy Braci skwapliwie skorzystają z rozwiązań i precedensów, które oni stworzyli. I chcę poczytać, jakich wygibasów dialektycznych będą dokonywać dzisiejsi fani PiS, żeby wykazać, że to, co było świetne w wykonaniu Braci, jest odrażające w wykonaniu kogo innego.

Ja mam ten komfort, że żadnych wygibasów dokonywać nie będę musiał. Mam poglądy na sprawy, a nie na ludzi. Fani PiS, moi dobrzy znajomi z Salonu 24, czujnie wypatrujący każdego słowa krytyki pod adresem swoich idolów, będą musieli pójść w ślady Kalego, konstruując jakieś karkołomne, alogiczne wywody, albo wprost przyznać, że wyznacznikiem ich myślenia jest irracjonalna wiara w Braci, a nie osąd poszczególnych problemów.

Odświeżam sobie właśnie znakomity cykl historyczny Pawła Jasienicy. W ostatnim akapicie „Polski Piastów" cytuje Jasienica opinię Jana Długosza o Kazimierzu Wielkim: „Rozumem swoim i mądrością kraj wewnątrz uporządkował, dostojeństwa, urzędy i służbę publiczną ustalił, tak iż nawet pod gnuśnym i niezdolnym rządcą mogło królestwo, na jego ustanowieniach oparte, utrzymać swój byt trwały, pomyślność i chwałę".

Rozumiał to Długosz niemal 600 lat temu i przed nim król Kazimierz. Tej lekcji Bracia ani ich fani nie odrobili. Kraj po niemal dwóch latach ich rządów opiera się nie trwałych ustanowieniach, które będą się sprawdzać i „pod gnuśnym rządcą", ale na przekonaniu o cnocie obecnie rządzących. Dla mnie to o wiele za mało.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj140 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (140)

Inne tematy w dziale Polityka