Ewa Wanat napisała o fotografii ojca znajomej odnalezionej na wystawie „Twarze bezpieki". Napisała, używając najbardziej wyświechtanych kalk, pojawiających się od lat w każdej dyskusji o tym, co zrobić z przeszłością, po stronie zwolenników zepchnięcia jej do jakiegoś archiwum i najlepiej zamurowania. Mogłoby to być nawet zabawne, gdyby nie było smutne.
Można lamenty pani Wanat rozpatrywać na różnych płaszczyznach. Na przykład formalnej. Wystawę zorganizował Instytut Pamięci Narodowej, działając zgodnie ze swoimi celami ustawowymi. Te cele uchwalił i zawarł w ustawie o IPN demokratycznie, w wolnych wyborach wybrany parlament, w którym - jak mniemam - zasiadali także przedstawiciele Ewy Wanat. Widocznie ich koncepcja nie przeważyła - cóż, takie są uroki demokracji, których w latach 50., kiedy tatuś przyjaciółki wiernie służył Polsce Ludowej, nie doświadczano.
Nie jest to pierwsza wystawa „Twarze bezpieki". Do żadnej z nich nie przyczepił się jak dotąd Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Nie słyszałem także, żeby ktoś z krewnych ubeków, pokazanych na którejkolwiek wystawie, złożył przeciwko jej organizatorom pozew w sądzie. Może Ewa Wanat by spróbowała? To mogłoby być ciekawe.
Nie mam wątpliwości, że najistotniejsze mechanizmy naszego państwa funkcjonują normalnie. To znaczy, że jeżeli do sposobu działania IPN są jakieś wątpliwości, można je w drodze sądowej lub urzędowej - np. poprzez skargę do GIODO - próbować rozstrzygnąć. Takie możliwości daje demokratyczne państwo. A że nie wszystko wygląda tak, jak chciałaby Ewa Wanat - trudno, niech Ewa Wanat próbuje coś zmienić. Robi to zresztą, kierując Tok FM. Tatuś przyjaciółki Ewy Wanat pracował w głównej instytucji Peerelu, której zadaniem było pilnowanie, żeby ludzie, pozbawieni wszystkich tych możliwości, jakie ma dzisiaj pani Wanat, nie podskakiwali.
Znacznie jednak istotniejsze jest założenie, jakie musi leżeć u podstawy wywodu pani Wanat. Otóż nie da się go odtworzyć inaczej niż: jeśli ktoś popełnił jakieś zło, nie może być publicznie napiętnowany, ponieważ odium spada na jego Bogu ducha winne dzieci i krewnych.
Konsekwencje takiego założenia byłyby oczywiście olbrzymie. Zacząć by trzeba od tego, żeby we wszystkich podręcznikach historii, zwłaszcza najnowszej, pozmieniać wszystkie nazwiska na inicjały. Historia Peerelu obfituje przecież w szubrawców, którzy z różnych powodów wysługiwali się komunistycznej władzy, o członkach elity tejże nie mówiąc. Ich dzieci i wnuki nadal dzisiaj żyją i noszą te same nazwiska. A przecież te postaci, o których mowa na kartach podręczników, nie przeszły żadnej procedury sądowej, na co ewentualnie zgodziłaby się pani Wanat. Mimo to pisze się o nich bezczelnie w niekorzystnym kontekście. Czy synowie i córki mają cierpieć za winy ojców i matek?!
Z procesami zresztą też byłby problem. Wszystkie procesy, dotyczące nie tylko przeszłości, ale wszystkie w ogóle, powinny zostać utajnione, a nazwiska oskarżonych zastrzeżone. Z kodeksu postępowania karnego należy usunąć punkt, pozwalający sądowi zezwolić na podanie nazwiska i wizerunku oskarżonego do publicznej wiadomości. Przecież niemal wszyscy ci podsądni mają jakichś krewnych. Czy fakt, że stają przed sądem, cokolwiek zmienia? Krewni mają być napiętnowani za cudze winy?!
Powie ktoś, że Ewa W. domaga się właśnie sądu, a nie publicznego piętnowania bez sądu. Tak się jednak składa, że większość pokazywanych esbeków lub ubeków sądu nie doczekała, niestety. Natomiast stali się częścią naszej najnowszej historii, podobnie jak generał J., Stanisław K., Władysław G. Świadomie wybrali działanie po złej stronie. Bo nie może tu być mowy o żadnym relatywizmie - moja prawda, twoja prawda - nie. Są w polityce i historii momenty, gdy mamy do czynienia z czymś ewidentnie, bezwzględnie złym. Komunizm był takim złem, a ubecja była jego strażą. Tak się niestety składa, że człowiek zawsze firmuje swoje działania własnym nazwiskiem i powinien mieć świadomość, że może ponieść konsekwencje. Ludzie, których twarze oglądamy na wystawach IPN, takie konsekwencje właśnie ponoszą, choćby po swojej śmierci.
Natomiast bardzo ciekawa i symptomatyczna jest reakcja Ewy W. Mnie nie przyszłoby do głowy, gdybym znalazł na takiej wystawie zdjęcie przodka któregoś z moich znajomych, żeby jakakolwiek część odium za służbę tegoż przodka w UB miała spaść na potomków. Myślenie w kategoriach odpowiedzialności zbiorowej jest mi całkowicie obce. Ewie W. widocznie nie, skoro jej rozumowanie natychmiast poszło tym właśnie torem.
Ewa W. nie była ponadto uprzejma dostrzec tego, że wystawa „Twarze bezpieki" nie fałszuje historii. Ona po prostu przedstawia fakty. Nikt nie broni ich nikomu interpretować tak, jak chce - również na tym polega wolność. Na przykład, sądząc z zachowania byłych ubeków czy milicjantów, od czasu do czasu stających przed sądami, są oni nadal dumni i zadowoleni z tego, co robili. Czemu mieliby się zatem wstydzić, że ich zdjęcia są pokazywane w kontekście wiernej służby ludowemu aparatowi bezpieczeństwa? Może wstydzą się ich dzieci - ale to ich prywatna sprawa, zresztą poczucie wstydu tylko dobrze by o tych dzieciach świadczyło.
Pani W. także nikt nie zabrania zinterpretować sobie wystawy jak chce. Może przecież uznać, że pokazywani na niej panie i panowie to bohaterowie, którym należy się najwyższy szacunek.
Na końcu tekstu pani W. mamy jeszcze dwa żenujące dopiski. Chciałoby się powiedzieć: droga pani Ewo, jeśli tak boli Panią powrót do Polski, to proszę nie wracać. Coraz więcej krajów Unii otwiera granice dla pracowników z Polski. Niech Pani wraca do tej Hiszpanii Zapatero, która musi się Pani jawić jako raj na ziemi, i niech Pani tam zostanie. Ja tęsknił za Panią nie będę.
P.S.
Prezes Instytutu Pamięci Narodowej
zaprasza na otwarcie wystawy
przygotowanej przez Biuro Edukacji Publicznej IPN
TWARZE BEZPIEKI 1944-1990
22 lipca 2007 r., godz. 12.00
Warszawa, Al. Ujazdowskie
(vis á vis Ministerstwa Sprawiedliwości)


Komentarze
Pokaż komentarze (93)