Mam problem z Powstaniem Warszawskim. A właściwie bardziej nie z samym Powstaniem, ale z tym, jak do niego dzisiaj podchodzimy. Wiele już o Powstaniu napisano na Salonie, mnie najbardziej podobał się tekst Igły „Tramwajem na wojnę jadę". Ktoś inny - niestety, nie pamiętam już, kto - napisał, że woli jednak ze świętowaniem poczekać do 15 sierpnia.
I to właśnie jest charakterystyczne: jaką rangę ma w polskiej świadomości przegrane Powstanie Warszawskie, zakończone hekatombą wielkiej części polskiej inteligencji i miasta, a jaką bitwa warszawska, wygrana, będąca wielkim sukcesem taktycznym, wywiadowczym i militarnym. Ba, tę ostatnią wciąż nazywa się „cudem nad Wisłą", które to określenie w międzywojniu miało dyskredytować rolę Marszałka, sprowadzając całe zwycięstwo nad Sowietami do jakiegoś „cudu". I to się, niestety, przyjęło.
Mój problem z Powstaniem ma kilka aspektów.
Po pierwsze - powstańcom należy się z całą pewnością najwyższy szacunek.
Po drugie - legenda Powstania była jednym z mitów, spajających Polaków pod komunistycznym panowaniem.
Po trzecie - dziś najnowocześniej potrafimy opowiadać właśnie o Powstaniu. Jego mitologia jakoś najbardziej przemawia do młodych, a Muzeum Powstania Warszawskiego jest bez wątpienia najnowocześniejszą i po prostu najlepszą muzealną placówką w Polsce.
Po czwarte jednak - Powstanie było militarną i polityczną klęską; jego skutkiem były gigantyczne straty w ludziach i dobrach kultury, a my celebrujemy dzisiaj tę właśnie klęskę.
Gdy pan prezydent powiada, że przywróci Europie pamięć o Powstaniu, przechodzi mnie dreszcz. Znowu zostanie utrwalony mit Polaka nieudacznika, który porwie się z motyką na słońce i chwalebnie polegnie. Dlaczego nie 15 sierpnia? Dlaczego nie przywrócić Europie pamięci o tym, jak Polacy uratowali ją skutecznie przed czerwonym zalewem? Dlaczego z tego, z naszego wielkiego sukcesu, osiągniętego z nie mniejszym poświęceniem, nie zrobić naszego historycznego znaku firmowego? Czy to jakieś upodobanie do klęsk i męczeństwa?
Problem w Powstaniem polega na tym, że gdy dzisiaj obchodzimy jego rocznicę, nie daje się rozdzielić realistycznej, politycznej jego oceny od tych uroczystości. Jest jedno przesłanie: Powstanie było wspaniałe. A powinny być dwa: Powstanie było przykładem najwspanialszej postawy tych, co walczyli. Politycznie i militarnie było głupotą, a jego skutki były straszne.
Nie chcę, żeby młodzi Polacy - ci najwartościowsi, czyli reagujący na takie bodźce - nauczyli się, że nie warto myśleć, nie warto kalkulować, warto rzucić wszystko i iść na pewną śmierć. Chcę, żeby się nauczyli, że czasem trzeba się powstrzymać, poczekać, zacisnąć zęby, pracować organicznie, czekać na lepszą okazję. Kiedyś już o tym pisałem: gdyby nie Powstanie, czy Warszawa ległaby cała w gruzach? Zapewne nie. A to do niej, jako do najbezpieczniejszego miejsca, trafiły wcześniej bezcenne dzieła sztuki i kultury. Gdyby ocalała ta substancja, gdyby ocalała przedwojenna architektura, gdyby wreszcie ocaleli wszyscy ci młodzi ludzie z pokolenia „Rudego", jaka byłaby Polska po 1945 roku? Czy mit Powstania równoważył tamte straty? Moim zdaniem nie.
O tym wszystkim podczas uroczystości oczywiście nie usłyszymy, bo bardzo trudno to rozdzielić. W dodatku do polskiej mentalności o wiele bardziej pasują czyny namiętne, bohaterskie, nawet jeśli bezmyślne, a na dodatek przegrane, niż przemyślane, dobrze zorganizowane i wygrane - jak choćby powstanie Wielkopolskie. To jakaś mentalna skaza.
Dziś o 17, gdziekolwiek będę, na pewno się zatrzymam. To się powstańcom należy. Do kurtki przypiąłem znaczek Polski Walczącej i pewnie odwiedzę w najbliższych dniach Muzeum Powstania. Ale staram się w tym patriotycznym uniesieniu - bo mnie to też bierze, co tu udawać - nie dać się do końca ponieść i pamiętać, że celebrujemy przegraną. Oddzielić szacunek dla uczestników Powstania od krytyki wobec nieodpowiedzialnych przywódców politycznych i wojskowych (wiem, zaraz ktoś napisze, że taka była linia propagandy w Peerelu; trudno, ja tak właśnie uważam, a nawet zepsuty zegar dwa razy an dobę pokazuje właściwy czas). Nie ulegać fascynacji „sprawą beznadziejną".
Gdyby takie muzeum jak MPW powstało o wojnie polsko-bolszewickiej i gdyby to ona była promowana jako wyznacznik patriotyzmu, poświęcenia i - co najważniejsze - sukcesu, byłbym szczęśliwy.


Komentarze
Pokaż komentarze (155)