Miałem już nie wracać do dyskusji o Powstaniu Warszawskim, ale dyskusja pod postem Przedwieczornego, a następnie jej zaczątek pod postem Foxxa, przekonuje mnie, że temat należy pociągnąć. Nie chodzi już jednak o samą debatę o Powstaniu, ale o pytanie, czy w ogóle można o nim - a szerzej - o wydarzeniach z naszej historii dyskutować.
Pod postem Przedwieczornego ze strony wielu pseudodyskutantów spotkał mnie nie tyle opór, co wściekłość, agresja, wprost chamstwo - tylko dlatego, że ośmieliłem się wysuwać jakiekolwiek wątpliwości. Kilka próbek:
„Dla mnie wasza dyskusja to obraza ludzi którzy rzucili swoje życie na szale w imię wyższych pobudek. Pan, Panie Warzecha, miota się po blogach usiłując udowodnić wszystkim dookoła jaki to z Pana wspaniały dyskutant - taki co zawsze ma zdanie inne niż reszta, i który zawsze ma racje. Tutaj przybrało to formę żałosną. Proszę to przemyśleć".
„Pana Warzechę i jego kulturę trzeba zrozumieć co wcale nie oznacza ze to trzeba tolerować.....albo dyskutować. Bo niemieccy pracodawcy,ich kultura i sposób bycia się przez ostatnie kilka lat zmieniły i to przenika również do Polski".
„A może byś Panie Warzecha zrozumiał, że wpadłeś Pan do cudzego blogu i - mimo że delikatnie (za mało delikatnie widać) Panu dają to do zrozumienia - robisz Pan (celowo?) tylko wielkie zamieszanie. Nie zrozumiał Pan tego? To pisz Pan u siebie swoje mądrości".
„Czy jest Pan w stanie przełknąć, że Pańska gazeta to szmatławiec. Czy jeśli zwrócę Panu uwagę, że mądrze Pan pisze na blogu, a tych mądrości nie może Pan zaprezentować w Fakcie, bo to szmatławiec, to czy może Pan to zaakceptować ? Czy każdy kto nazwie Pańska gazetę szmatławcem, musi być od razu nazywany od imbecyli, głupiej tłuszczy?".
„Dyskutować, eufemizmem - "podważać". Odwal się Pan wreszcie od mitu, mit należy pielęgnować. Ma większą wartość od pańskiego rozważania za i przeciw, tym bardziej że to drugie.
Popodważaj Pan sobie sens Chrystusa na krzyżu jakeś taki mundry".
I tak dalej w ten deseń. Wszyscy tak piszący identyfikują się, rzecz jasna, jako patrioci i apologeci Powstania. Założę się, że powstańcy, ludzie wychowani w poczuciu szacunku dla innych, będący żywym świadectwem dawnych, jak widać ginących dziś wartości, nie podpisaliby się pod tym stekiem obelg i trzymaliby się z dala od takich swoich adwokatów - wszak właśnie podczas Powstania, w warunkach skrajnych, ekstremalnych, było miejsce dla wszelkich poglądów i racji, co uważam za jeden z jego najniezwyklejszych, a zdecydowanie zbyt słabo podkreślanych fenomenów. Ale cóż, widać - jakie czasy, tacy „patrioci".
Oczywiście były i inne, znacznie spokojniejsze głosy, takie jak Maryli, Traubego czy samego pana Przedwieczornego. Sprowadzały się jednak do następującej tezy: Powstanie jest mitem tak fundamentalnym, jest taką narodową świętością, że nie tylko nie powinno się go analizować jak innych historycznych i politycznych zdarzeń, ale wręcz tego robić nie wolno, bo jest to wprost bluźnierstwo i świętokradztwo.
(Tu gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że wpis Przedwieczornego był o tym, aby nie dyskutować 1 sierpnia, z którą to tezą ja także się nie zgadzam, o czym na jego blogu napisałem.)
Nie mamy tu więc dyskusji o samym Powstaniu, ale dyskusję o tym, czy o Powstaniu Warszawskim w ogóle dyskutować wolno.
Zdaniem frakcji w moim odczuciu radykalnej nie wolno. I przeciwko takiemu stawianiu sprawy będę protestował.
Po pierwsze - uznanie Powstania za wydarzenie o fundamentalnym znaczeniu dla polskiej tożsamości nie wyklucza debaty o nim, zwłaszcza o jego sensie politycznym i militarnym. W przeciwnym razie przyjmujemy, że z Powstania nie wyciągniemy żadnych wniosków. Bo z nietykalnego mitu wniosków się nie wyciąga. On po prostu jest.
Po drugie - z niezrozumiałych dla mnie powodów niektórzy uznają najwyraźniej, że dyskusja o Powstaniu jako o fakcie militarnym i politycznym w jakiś sposób uwłacza pamięci poległych i żyjących powstańców. Dlaczego i w jaki sposób - tego nikt wyjaśnić nie potrafi. Trzeba by natomiast przyjąć, że uwłaczają pamięci powstańców wszystkie organizowane wokół tej sprawy spotkania, panele i debaty, w tym te odbywające się w samym Muzeum Powstania Warszawskiego, a także wszelkie pisane na ten temat rozprawy.
Po trzecie - taktyka niedotykania „mitów" jest bronią obosieczną. Dokładnie tą samą taktyką posługują się ci, którzy żądają dziś, aby nie wnikać w kwestie agenturalnego zinfiltrowania „Solidarności" oraz nie tykać jej najważniejszych postaci, bo to grozi „zniszczeniem mitu" „S". Według mnie takiego niebezpieczeństwa nie ma. „S" jako wspaniałe, spontaniczne zjawisko społeczne i polityczne obroni się sama, niezależnie od tego, jakie niewygodne fakty wyjdą na jaw. Tak samo obronią się jej działacze, którzy w konspiracji pracowali nad obaleniem komuny. Na tej samej zasadzie debaty o Powstaniu nie grożą podważeniem czci jego uczestników.
Po czwarte - pojawia się pytanie, jakie są kryteria, definiujące nienaruszalne mity, o których dyskutować nie wolno. Domyślam się, że moi adwersarze, zwłaszcza ci najzacieklejsi, chętnie rozciągnęliby embargo na wszystkie polskie powstania. A na czasy wcześniejsze? Może do listy należałoby także włączyć bitwę pod Grunwaldem? Jest wiele niejasności wokół tego, co się stało po niej. Dlaczego Jagielle tyle czasu zabrało potem dotarcie do Malborka? Dlaczego nie przeprowadził porządnego szturmu na zamek? Dlaczego stosunkowo szybko się spod niego wycofał? Takie pytania można by postawić, ale może nie wolno, bo przecież byłaby to także - jak to ujęła w odpowiedzi dla mnie Maryla - „dyskusja nad grobami". Przecież tylu polskich rycerzy poległo na grunwaldzkim polu. Sam Jagiełło zaś ma swój sarkofag w wawelskiej katedrze, przeto nie wolno zakłócać jego spokoju, ale przyjąć, że Grunwald był wielkim sukcesem i basta.
Z zaskoczeniem dostrzegam, że nie mamy tu - jak chciał Foxx - dyskusji między romantykami a realistami, ale dyskusję o tym, co w ogóle w naszej historii może podlegać krytycznemu osądowi. Gdy domagam się, aby pozwolić na dyskusję o tym, co uważam za ważne, zostaję zmieszany z błotem, obrzucony obelgami albo w najlepszym razie wzywany do milczenia z patetycznych wyżyn narodowej podniosłości, jako upierdliwy idiota, który nie rozumie uczuć wyższych. Czy naprawdę nie widzicie - zwracam się do moich oponentów - że sami stosujecie metodę, którą stosowały przez lata środowiska, nie chcące dopuścić do dyskusji o niewygodnych dla siebie sprawach - nie rozmawiać i nie dać prawa do rozmowy, a kto będzie próbował ją zacząć, tego zakrzyczeć, zniszczyć, naurągać, uznać za niegodnego.
Zreflektujcie się trochę, zejdźcie z piedestału, bo z niego niewiele widać. Ja Was do uczestniczenia w tej debacie nie zmuszam. Jeżeli Powstanie jest dla Was mitem nienaruszalnym, rozumiem to. Ale nie odmawiajcie mnie innym, którzy chcą o nim debatować, prawa do takiej debaty. I nie zarzucajcie nam braku patriotyzmu, bo do tego nie macie żadnego prawa.


Komentarze
Pokaż komentarze (85)