Starcie Zbigniewa Ziobry z Januszem Kaczmarkiem staje się coraz bardziej żenujące.
Kolejne kiepsko zagrane konferencje ministra sprawiedliwości. Zamiast faktów i dowodów w sprawie Leppera - interesujący model cyfrowego dyktafonu. A ja chętnie bym się dowiedział, czy pan minister miał w zwyczaju nagrywać wszystkich jak leci. Bo jeśli nie, to co go skłoniło, żeby zabrać ze sobą dyktafon akurat na jedno konkretne spotkanie z Andrzejem Lepperem? W sprawie Kaczmarka natomiast nie mogliśmy sobie nawet obejrzeć dyktafonu.
Janusz Kaczmarek natomiast powoli, ale systematycznie przekracza kolejne poziomy żenady. Jego obrona poprzez atak jest chaotyczna. Mam wrażenie, że daje się podpuszczać dziennikarzom, którym zależy na wyciąganiu z niego kolejnych oskarżeń pod adresem dawnego szefa. Przy czym w większości chodzi o sprawy, w które w jakiś sposób był sam zaangażowany. Jeśli pojawiają się wątki, mogące świadczyć o złamaniu prawa, całkiem zasadne staje się pytanie, dlaczego Janusz Kaczmarek nie złożył w odpowiednim momencie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa? Miał taki obowiązek.
Różne są sposoby odchodzenia, różne wzorce politycznej zemsty, ale tu mamy raczej do czynienia z próbą dintojry i to nieudolnej. Trzeba pamiętać, że Kaczmarek może mieć poczucie, że walczy o wszystko, ale to nie zmienia wrażenia, że kanonada jest bezładna, a w dodatku jest pośrednio dowodem przeciwko samemu Kaczmarkowi.
Szczytem było jednak przyjęcie kompletnie absurdalnej propozycji LPR i Samoobrony, żeby Kaczmarek został kandydatem na premiera. Traktowanie poważnie takiej oferty w sytuacji, gdy ma ona mniejsze szanse na realizację niż nawrócenie Joanny Senyszyn i gdy składają ją ludzie o życiorysach politycznych awanturników - to niestety kompromitacja. Przykro mi to pisać, bo Janusz Kaczmarek robił wrażenie rozsądniejszego człowieka.
W tym momencie przypomina mi się teoria, którą kilka dni temu przedstawił któryś z moich znajomych. Być może oferta nie padła teraz, ale już sporo wcześniej, gdy w LPR i Samoobronie pojawiła się myśl o konstruktywnym wotum nieufności i gdy wydawało się, że do tego pomysłu można skaptować Platformę. Być może trafiła na podatny grunt wygaszonych wcześniej ambicji ministra spraw wewnętrznych. Gdyby taką teorię przyjąć, trzeba by też uznać za prawdopodobne, że Janusz Kaczmarek faktycznie mógł ostrzec Leppera, być może ogólnikowo, ale jednak. A nawet jeśli tego nie zrobił, wyjaśniałoby to, czemu Zbigniew Ziobro z taką konsekwencją chce go teraz zniszczyć. To oczywiście tylko jedna z wersji, wcale nie jest powiedziane, że prawdziwa ani nawet najprawdopodobniejsza.
Zostawiając jednak na boku wojnę tych dwóch panów, miło było popatrzeć, jak z rządu wylatują w końcu różne Kalaty i inne Wiecheckie. Zastąpili ich ludzie rozsądni, z gatunku tych, których brakowało od czasu odejścia Radka Sikorskiego. To oczywiście element tworzenia wizerunku na wstępie do kampanii wyborczej, ale cóż z tego? Wolę Barszcza i Kluzik-Rostkowską na dwa miesiące, niż Aumillera i Kalatę na dwa lata.


Komentarze
Pokaż komentarze (115)